|
Przemek Miler W niedziele, 19 lutego 2006 roku zginął tragicznie Przemek Miler. Wiadomość o jego śmierci poruszyła bardzo wiele osób z szeroko rozumianego ruchu wolnościowego w kraju i zagranicą. Do dziś niejeden i niejedna z nas, zastanawia się po co i dlaczego? Przemek zostawił pogrążoną w smutku rodzinę, przyjaciół jak i wiele niedokończonych spraw i działań. Przemek Miler urodził w 1977 roku, mieszkał początkowo w Bydgoszczy, gdy przeniósł się do Gdańska, zaangażował się w tamtejszą działalność ekologiczną i wolnościową. Z zawodu socjolog, z zamiłowania i powołania ekolog i działacz społeczny. Od ponad 10 lat aktywnie uczestniczył we wszelakich działaniach na terenie Trójmiasta i nie tylko. Uczestnik Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, Stowarzyszenia OLE i Gdańskiej Kampanii Rowerowej w którą był szczególnie zaangażowany. Ten numer "Innego Świata" dedykujemy Przemkowi! Niechaj na zawsze pozostanie w naszej pamięci!!! Redakcja PS Poniższy wiersz poświęcony Przemkowi Milerowi jest autorstwa Antoniego Kozłowskiego Do Przemka z tego brzegu Spadło to na mnie, jak meteoryt z kamiennego nieba Spadło, jak ołowiane jabłko ze stalowej jabłoni Tak Ci Przemku do twarzy w trumnie i na marach Jak wilkowi w roli piewcy idei wegetarianizmu Jak ogniowi chłodzącemu czoło pielgrzyma na szlaku Jak miłości wlewającej truciznę do czary rozkoszy A jednak ta piekielna prawda jest realna jak deszcz Jak gradobicie, szarańcza, erupcje wulkanów, tsunami Jak wojny ludzi i zwierząt, czy gwałcone dzieci Jak cała wielka gama okropności i negacji życia Lecz co Tobie do posępnego orszaku grabarzy światłości Co Ci do pielgrzymów krainy cienia i orszaku płaczek? Czemu więc Ty, człowiek jasnego, słonecznego spojrzenia Nosiłeś w ukryciu, w kącie oka zimny sierp księżyca Czemuś oswajał kostuchę, choć wdziewałeś maskę trefnisia Czemuś był hardy, szelmowsko uśmiechnięty, krzepki Pozornie król życia, w cichości adept mrocznego rytuału Czemuś wyprowadził nas w pole, jak zając psy gończe Czemuś serca nie otwierał szeroko na wgląd przyjazny Czemuś ukrywał pod korcem swą pieśń żałobną Drżenie każdego nerwu i skowyt myśli pod kluczem? Mam do Ciebie żal, jak wieśniak, któremu spalono pole Jak biesiadnik, któremu wlano dziegciu do miodu Jak dziecko bite pasem w imię dobrego boga Czemu więc ja nadstawiałem łeb pod pałki milicyjne Czemu nosiłem chyłkiem teczki pełne myśli niepokornych Czemu pisałem przez lata słowa-młoty kruszące mur Czemu pod siwą czupryną noszę do dziś wiosenne myśli Czemu nie dałem dupy Molochowi i jestem synem Don
Kichote? Bom Tobie i Tobie podobnym, duchom wolnym i swawolnym Chciałem posiać trochę nasion wiedzy radosnej z mego ogrodu Chciałem w duszy posadzić słonecznik tęsknoty za światłem Dlatego, więc wyciągałem rękę z pałeczką sztafety pokoleń Z nadzieją na kontynuację znoju o myśl wolną od śmierci Z nadzieją na wiarę w dystynkcję chadzania po ostrzu Nad tłumem idiotów, kanalii i jelit w garniturach ciała Ale nadzieja jest brukiem piekieł, a myśl bez obleczenia w czyn Jest jak kazanie do ludu głoszone nocą w piwnicy Tak, żal mam do Ciebie, ale większy do siebie, zwłaszcza Ale też do wszystkich, co hołubią higienę naskórka Bo wszyscy jesteśmy sobie rodziną codziennej terapii Bez tego, życie wymyka się mam z rąk i wypada przez okno. |