|
Lakierowany Żuk Dla ścisłości – tekst poniższy nie jest właściwie recenzją książki, lecz zbiorem moich notatek i refleksji przy okazji lektury. Gdybym miał ocenić pracę jako całość, to stwierdziłbym, iż nie spełniła ona ambicji autora, który chciał wyjść poza prosty opis faktów i dokonać analizy socjologicznej, zbudować teoretyczną bazę zjawiska nowych ruchów społecznych – dlaczego tak sądzę? Otóż dlatego, iż nie wszystkie fakty są prawdziwe, tym bardziej zaś ich ocena i projektowany na nie opis procesu przemian. W sumie wizja jest niespójna naukowo, lecz ideologicznie, bowiem jest pisana pod określoną tezę – pewien program polityczny, powiedzmy, że idzie o... Sojusz. W tej sytuacji piszę cały czas z przymrużeniem oka i uśmiechem na twarzy. Nie zaznaczam tego w tekście, by ciągłymi smajlami nie psuć składu. Wersję pełniejszą –choć przez przypisy bardziej chaotyczną– mogę zainteresowanym wysłać emailem – mój adres: jwal@pg.gda.pl *** Przeczytałem pracę Piotra Żuka (kiedyś anarchisty, dziś
w SLD) o nowych ruchach społecznych w Polsce, i muszę stwierdzić, iż
gość daleko odpłynął, skoro pisze tak, jakby nigdy z nami nie był, a znał nas
tylko z naszych publikacji, opracowań naukowych i ankiet socjologicznych (w
efekcie ja np. raz jestem Janym, raz Januszem Waluszko, a raz
nawet Kilkoma uwagami... czy Homkiem, bo tak były podpisane moje
teksty). Czasem – zwłaszcza, gdy nakłada się na to niewiedza czy własne odloty
(uprawomocnione uczonym cytatem z Grinberga o arbitralnym wyborze jednego z
możliwych punktów widzenia, lecz w gruncie rzeczy będące subiektywnością
własnej drogi, np. jako punka) – prowadzi to sporego wypaczenie obrazu, co
widać np. przy opisie genezy nowych ruchów społecznych w Polsce. Otóż
Żuk stwierdza, iż na ich powstanie nie mieli wpływu hipisi czy NZS, bo tak mu
wyszło z anonimowych cytatów wypowiedzi dwóch starych anarchistów, Krzyśka
Galińskiego i Marka Kurzyńca, przedstawionych jako działacze nowych ruchów
lat 90-tych (przy czym w wypadku Galińskiego był to fragment z tekstu, który
był zupełnie o czym innym niż sugeruje cytat). Mógł za to, zdaniem autora, mieć
coś z tym wspólnego punk, choć w owym czasie (przed stanem wojennym!) była to
jeszcze bierna kontestacja... Niczego nie ma ani o Polskiej Nowej Lewicy
lat 70-tych (Żuk o niej nie wie lub nie chce wiedzieć – mógł przeczytać o tym
chociażby w WiP-owskiej A’cappelli), ani o teatrze alternatywnym czy
kabarecie studenckim (a starczyło sięgnąć do pracy A. Jawłowskiej Więcej niż
teatr, z której zresztą cytuje jedno zdanie – czy przepisał je z innej
pracy, czy też nie przeczytał reszty książki, nie wiem). Sądzę, że hipisi mieli pecha – pomijając większy
zamordyzm w ich czasach, nie umieli stworzyć (mimo, spóźnionej zresztą, próby
środowiska krakowskich pacyfistów) własnej organizacji czy pisma, a gdy
przyszedł KOR – część poparła go (Chojecki założył nawet NOWą – pierwszą
podziemną oficynę wydawniczą w PRL), część uciekła w sponsorowaną przez SZSP
kulturkę, a część po prostu wymiękła (i tu mieszczą się ci goście ze
wspomnianego wyżej opisu Galińskiego). Na nas, twórców Ruchu Społeczeństwa
Alternatywnego (od którego się wszystko wg Żuka na serio zaczyna, co potwierdza
też fakt, iż moje teksty są najczęstszym źródłem cytatów, i co daje mi prawo,
by się przeciw żukowym interpretacjom buntować) mieli oni jednak spory wpływ.
Widać to nawet w nazwie RSA (jej źródłem był nieco podobny podpis pod jakąś
hipisowską ulotką). Sami zresztą bawiliśmy się w kabarety, teatry, długie włosy,
zieleniącą się Amerykę czy symfoniki rocka, choć hipisami czy PNL
zapewne nie byliśmy – przyszliśmy o parę lat za późno i od razu trafiliśmy na
wielką wodę polityki. Inaczej było z punkami, które zrazu nie ujawniały
się poza gettem muzycznym (podłączonym pod hipisów zresztą), potem
robiły za ewidentny kanał, wentyl bezpieczeństwa systemu – tak widziała
to i komuna (nie chcą być czerwoni, niech będą zieloni, byle
by nic nie robili, jak mawiał Jurek Urban) i my (czym różni się punk od
filatelisty, jak pytał papież polskiego anarchizmu) – i dopiero po
opierdolu, a na kolejnej już fali kontestacji, zaczęli podłączać się (w II
połowie lat 80-tych!) pod Ruch „Wolność i Pokój”, Pomarańczową Alternatywę,
Międzymiastówkę Anarchistyczną czy Federację Zielonych itp., część na moment,
część na dłużej, pociągając za sobą spory fragment swojego środowiska, z czego
robi się dziś mity a la Żuk. Nawet III obieg nie był ich dziełem w tym
sensie, że samo pojęcie stworzył wyrosły z PNL „Lu” Soroka i Skiba z RSA czy
PA/Ł, a istotne dla tego zjawiska publikacje to Homek, Accapella
itp., a nie ziny, bo czy/m byłyby Żółte Papiery bez Maci
Pariadka, a punk bez anarchizmu!? Ziny można olać i z tego
względu, że Żuk uznaje, iż w trzecim obiegu dominują nowe ruchy
społeczne, a więc nie może iść tu o –liczebnie liczniejsze przecież–
ziny muzyczne i artowe czy prasę organizacji pozarządowych (nawiasem mówiąc: to
ta ostatnia jest dziś dla mnie drugim obiegiem, oficjalną opozycją
systemu). Druga połowa lat 80-tych nie czyni zaś nikogo prekursorem,
w tym czasie fala ta ogarnęła bowiem i działaczy FMW, a nawet NZS itp. – mogę
po nazwisku wskazać liderów anarchistycznych, którzy nigdy nie mieli nic
wspólnego z punkiem, za to wyrastali z... harcerstwa, ministrantów, KPN etc. I
na tym polegał fart punków, a niefart hipisów (etc.), że ci (choć o
wiele wybitniejsi jako kontrkultura) mogli załapać się tylko na Solidarność
i jej korzenie (KOR, SKS itp.), a tamci – na różne formacje alternatywne,
powstałe dzięki instytucjonalizacji owej Solidarności właśnie, bo 1)
dawała ona większe pole dla działań nieformalnych, chroniąc przed represjami
komuny (najbardziej korzystał z tego WiP), i 2) ukazywała zło polityki w ogóle,
nie tylko władzy, ale i opozycji (czego w latach 70-tych wielu się jeszcze nie
spodziewało). Rzecz ciekawa, ale – mimo iż dalej Żuk pisze o podobieństwie
idei, celów i form działania opozycji demokratycznej i dawnej Solidarności
do nowych ruchów społecznych, a nawet o pochodzeniu części ich działaczy
z [rodzin] dawnej opozycji – w rozważaniach o ich genezie również tą kwestię
zupełnie pomija, a przecież widać tu ścisłe powiązania, jak np. między
środowiskiem KOR-u i WiP-em, żywe jeszcze w przededniu okrągłego stołu
(czego przykładem mogą być seminaria na temat pedagogiki wyzwolenia,
organizowane wspólnie przez część opozycji i kontrkultury w roku 1988). Ale –
widać Żukowi klerykalizacja + AWS rzuciły się na oczy i nie pozwalają mu o tym
pamiętać. Wracając do roli kontestatorów w genezie nowych
ruchów społecznych – można powiedzieć, iż żadna z owych subkultur nie
umiała sama przejść od [kontr]kultury do [anty]polityki, a to, iż dziś wśród
anarchistów sporo jest punków w niczym tego nie zmienia – u nas w Gdańsku
połowa to studenci socjologii – czy to znaczy, że ów kierunek generuje nowe
ruchy, czy też nie ma to znaczenia, bo inaczej niż punki nie wyróżniają się
oni jakimiś mundurkami?! Tym bardziej odnosi się to do zielonych
(ich ruch swą genezą sięga raczej środowisk uczelnianych, dziś zaś korzysta także
z przeróżnych buddyzmów, harcerstw itp. jako swego zaplecza) czy feministek (tu
Żuk sam pisze m. in. o Komisji Kobiet Solidarności i to po ’89!).
Wyjątek stanowią zapewne skłotersi, ale mówienie w ich wypadku o ruchu
jest o wiele na wyrost – co najwyżej jest to jeden z przejawów aktywności ruchu
anarchistycznego, nie wiedzieć czemu pominiętego jako taki w analizie Żuka,
choć miałby on większy zasięg i dłuższą a lokalną genezę – może jednak właśnie
o to szło, że nie pasowałby on do teorii nowych ruchów społecznych,
które powinny wyrastać z odpowiedniego poziomu rozwoju zachodniego kapitalizmu,
a nie np. za komuny i z lokalnych inspiracji!? Żuk bowiem nie po raz pierwszy
pisze pracę pod z góry przyjętą tezę – wspominałem już o tym kiedyś w moim
prywatnym piśmie (NIErządzie) a propos jego oceny anarchizmu jako
kontrkultury a nie zjawiska politycznego, co zabawnie brzmi w zestawieniu z
próbą odwrócenia owej zależności [kultura jest też polityką] w
niniejszej pracy. Dla mnie znaczna część ekologów i feministek nie różni się od
ogółu polskich NGOs’ów, czyli organizacji pozarządowych, również tu, we
wstępie, pominiętych, mimo iż wyrastają często właśnie z postmodernizmu
(odejścia państwa od opieki socjalnej w tej fazie kapitalizmu). Nie potrafią
one wyjść poza reformizm i nie różnią się w tym niczym od „starych” ruchów
społecznych, w stylu wkomponowanych w system związków zawodowych, ba – są chyba
nawet bardziej skorumpowane przeróżnymi szkoleniami, dotacjami, grantami etc.,
o czym Żuk wiedzieć powinien, skoro wraz ze mną brał udział w seminariach na
ten temat w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN – i to w chwili pisania
swojej pracy. Inna kwestia to warsztat pracy socjologa. Nie wiem
czemu (choć domyślam się, iż w szkole tylko tak wolno uprawiać naukę
początkującym i jeszcze nie uznanym doktorantom) Żuk, budując własny obraz
świata, zamiast czerpać z różnych teorii i –przede wszystkim– z własnego
doświadczenia, chce znaleźć jakąś wizję gotową i skazuje się przez to na
wybieranie pomiędzy owymi jednostronnościami, tu np. pomiędzy teorią mobilizacji
społecznej a teorią nowych ruchów społecznych. Pierwsza akcentuje
wymiar mikro społeczny (motywy wyboru bycia w ruchu), druga – makro społeczny
(charakter idei zależny od przemian w świecie). Chcąc być wierny swej drodze,
choć nie koniecznie na topie, sięgnąłbym raczej do Edwarda
Abramowskiego, akcentującego (po polsku) oba wymiary, a więc społeczno /
indywidualny charakter kultury i życia społecznego w ogóle (w różnych sytuacjach / różni ludzie reagują różnie), czy Leszka Nowaka i jego teorii trójpanowania,
nie – marksowskiego materializmu. Ale – może Żuk wstydzi się już dziś
anarchizmu?! Jeśli zaś chodzi o Nowaka, to miał on na nas i nasze
zanarchizowanie w swoim czasie spory wpływ, nie tylko swoimi pismami, ale i
kontaktem bezpośrednim (zaś poznańską grupę RSA w ‘85 tworzyli wręcz jego
uczniowie z wydziału socjologii UAM). Abramowski pomiędzy bazą (np. ową nową fazą
kapitalizmu) a nadbudową (owymi nowymi ruchami) widział
sumienie (ową osobistą motywację bycia w ruchu) – proste, czyż nie!?
Człowiek w każdej sytuacji dąży do wpływu na swe otoczenie tak, by chciał i
mógł w nim żyć (Żuk –za Touraine– mówi o historyczności, mi starczy
nasza stara filozofia czynu i jej stwarzanie świata). Robimy to na wiele
sposobów jednocześnie, miotając się często między nimi i nie do końca zdając
sobie z nich sprawę, łącząc się w tym z innymi (najlepiej z systemem, ale jeśli
ten uniemożliwia nam sukces w naszych dążeniach – i z kontestacją – nawiasem
mówiąc, sam Żuk jest doskonałą ilustracją przeciwnej drogi, kontestator
dopuszczony do układu łagodnieje w czynach, a w nawet słowach – rewolucja nie
dała mu zaś nie tylko koryta, ale nawet rewolty studenckiej, na
którą dał masom 3 lata, a więc tyle, ile... pozostało mu do obrony niniejszej
pracy doktorskiej – cóż, ukąszenie heglowskie). Czasem angażujemy się do
tego stopnia, iż nie dbamy o to, czy sami zbierzemy owoce swego czynu (inna
rzecz, że sam udział w owym dziele może być też wartością godną wysiłku i
poświęcenia), a że dążenia są różne – często ich wypadkowa może zadziwić wszystkie
strony konfliktu. Prosty przykład: wzrost produkcji był w swoim czasie
owocem... walki kapitału o zysk, a robotników o godną płacę – by dogodzić obu
stronom trzeba było więcej produkować, by móc to sprzedać (większy zysk) i mieć
komu (potrzeba wyższych płac – inaczej groził kryzys nadprodukcji). Dziś
kapitał spekulacyjny jest bardziej pazerny i rynek załamuje się (jeśli pójdzie
to dalej w tą stronę – może się okazać, iż będzie się miało miliardy niczego i
rozwścieczone masy jak w Argentynie). Poza grą społeczną działają tu
preferencje indywidualne ludzi (jeden lubi dużo, drugi – dobrze, a inny po
ryju), choć i one zależą w dużym stopniu od otoczenia. Kiedy np. kasa jest na
topie, a jej brak uniemożliwia przeżycie, to musisz o niej pomyśleć, nawet
jeśli interesuje cię duchowy aspekt budo czy platoniczny marksizm a nie
interesy, choć oczywiście nie poświęcisz jej może tyle uwagi co szczury biorące
udział w wyścigu. Jeśli zaś idzie o Nowaka, to jest on o wiele
precyzyjniejszy w swym opisie podziału klasowego od –cytowanego przez Żuka–
Touraine’a, by nie wspominać już o bełkocie Foucaulta. Zdaniem Nowaka można
wyróżnić trzy formy panowania klasowego, czyli opartego o własność (możność
dysponowania) środkami indoktrynacji, przymusu i produkcji. Tymczasem Touraine
mówi o wiedzy, inwestycjach i wartościach, co nie tylko jest nieścisłe, ale i
prowadzi do nieporozumień. Nie wiem, czy autor owej idejki zauważył, że
kategoria pierwsza i trzecia są niemal tożsame, mimo iż można z którejś z nich
zrobić brakującą politykę, bo owa wiedza jest tu o społeczeństwie,
a ciąg wartości > normy > organizacja społeczna wiedzie w tą
stronę, choć nie sięga istoty rzeczy, jawnej dla każdego anarchisty, czyli
przemocy! Żuk na pewno owe kategorie miesza, skoro na stronie 57 wiedzę
łączy z kategorią pierwszą (powiedzmy – kulturą), a na 58 z trzecią (polityką),
co –nawiasem mówiąc– wyjaśnia poniekąd i jego kulturyzm, i niedostrzeganie
wymiaru politycznego anarchizmu. Wiara, że dziś kultura jest ważniejsza od ekonomii (nie
mówiąc już o polityce) dowodzi nie tylko głębokiego nieporozumienia (cóż –
punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i intelektusie kochają kulturkę,
licząc na to, że przez nią będą mieli wpływ na życie publiczne czy chociażby
własne). To także dowód krótkiej pamięci owych socjologów. Można bowiem
robić nowość z konfliktu wokół wartości życia prywatnego tylko wówczas,
gdy nie pamięta się o niczym więcej (w czasie i przestrzeni) niż kapitalizm
industrialny epoki modernizmu. A co z totalitaryzmem religijnym starożytności i
średniowiecza, czy komunizmem i islamem w krajach III świata!? Czy one nie
ingerowały w życie prywatne? Co więcej – cały ów nowy konflikt ma stale
miejsce również w samym kapitalizmie, mimo jego liberalnych deklaracji, a idee
wolności czy buntu jednostki, ducha przeciw materializmowi, szacunku dla natury
czy praw kobiet i innych mniejszości (że nie wspomnę o starej walce klas
czy oporze przeciw państwu) towarzyszą mu od początku XIX w. co najmniej, o
czym można się łatwo przekonać pod warunkiem, że ma się jakie takie pojęcie o
romantyzmie czy modernizmie, prekursorach kontrkultury II połowy XX w., choćby
naszych. Jak ktoś chce sprawdzić, niech zajrzy do Składu zasad legionu
Mickiewicza (połowa XIX w.), punkty o żydach i kobietach. A o hipisie
Abramowskim (przełom XIX i XX w.) pisał w swej monografii Giełżyński – Żuku,
nie znasz czy zapomniałeś!? Nie wspominam już o Zachodzie, skoro mi samemu
bardziej robi nasza filozofia czynu (od jej początków w I połowie
XIX w. po apogeum na przełomie XIX i XX, m. in. w osobie Abramowskiego
właśnie), owo odwieczne marzenie o świadomym tworzeniu i decydowaniu o
własnym życiu, przy której historyczność Touraine’a robi wrażenie
amatorstwa. Nawiasem mówiąc, która to już nowa epoka (Ducha świętego,
era Wodnika czy III-ego świata) – każdy ruch niemal się tak przedstawia,
wierząc iż to już tym razem... A tak na marginesie, to pamiętam też taki
cytat z Abramowskiego, iż od wielości stowarzyszeń zależy siła społeczeństwa,
jego opór przeciw władzy – Abramowski był nie tylko teoretykiem tegoż ruchu (o
wiele wybitniejszym niż żukowi socjolodzy, a do tego z pełniejszą wizją –
samorządnej rzeczpospolitej), ale i praktykiem (kół etyków, samokształcenia,
spółdzielczości etc.) – i to sto lat temu, więc co to za nowość te
NGOs’y i nowe ruchy społeczne, ot – krótka pamięć i tyle... W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną
kwestię, a mianowicie na połowiczność nowych ruchów (przypominającą samoograniczanie
się rewolucji przez intelektusi, tzw. doradców, w ’81 w Polsce i owoc
tego – [bezradność na] stan wojenny). Tłumaczy to poniekąd uchylenie się Żuka
od poruszania kwestii anarchizmu i akcentowanie kultury zamiast polityki. Otóż historyczność
ma oznaczać wpływ na kształtowanie warunków życia, przede wszystkim owych
wartości, przy czym nowym ruchom nie zależy na zdobyciu władzy, ta
bowiem (jak dowiodły dzieje ruchu robotniczego) nie daje na ogół nic dobrego,
zwłaszcza dla życia codziennego jednostki. Nie mam takich obsesji, ponieważ w
rodzimym nurcie myśli polskiej, wyrosłym z humanizmu, człowiek był
zawsze ważniejszy od boga, rynku czy historii W/Z Europy,
tak w wersji chrześcijańskiej (koncyliaryzm czy Bracia Polscy), politycznej
(demokracja szlachecka) czy romantycznej, jak i socjalistyczno – samorządowej
(Abramowski, PPS, PSL). Na marginesie pojawia się tu niejednoznaczne pojęcie instytucjonalizacji
(mającej być dowodem słabości ruchu) – pisał o tym i Abramowski (i Lao-tse),
lecz co to znaczy? Czy idzie o wpasowanie się w system (jak związki zawodowe),
czy o dogmatyzację (jak gmina chrześcijańska stająca się kościołem), czy też o
przejście od etapu propozycji (ruch społeczny) do jej urzeczywistnienia
(rzeczpospolita), co wcale nie musi być zdobyciem władzy i stworzeniem
instytucji, bo może ową władzę znieść i zastąpić samorządem, żywym ciałem
wspólnoty bez hierarchii, przedstawicieli, pośredników, paragrafów i całej
reszty tego szajsu właśnie. Dlatego sądzę, iż alternatywa: brać władzę czy
uchylać się życiu w swoim getcie? jest fałszywa, bowiem w obu wypadkach
pozostaje władza (w ręku przedstawicieli społeczeństwa czy w
opozycji do niego), a nie ma rzeczpospolitej
(samorządnej wspólnoty zamiast władzy). Uchylenie się od tworzenia własnej
wspólnoty (wszystko jedno – jako alternatywy
obok czy zamiast państwa) na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego (rozumianego jako większy wpływ na to, co się dzieje w
systemie) jest rezygnacją z woli na rzecz dziania się właśnie (bunt
–nawet permanentny– to jeszcze nie wolność) i niczym nie różni się od postawy
NGOs’ów. Ów dualizm (albo poprę władzę, jej zdobycie – albo społeczeństwo,
jego organizowanie, czy nauczanie wręcz, bo i taki motyw się tu pojawia)
zamiast syntezy (władzy całej wspólnoty i każdej jednostki nad samą
sobą) jest typowym nieporozumieniem intelektualnym i dowodem nie
wyjścia w istocie rzeczy poza modernizm. Nie zmienia też nic w istocie systemu,
bo co mi po wyzwoleniu własnych wartości, skoro nie mogę ich realizować, a co
najwyżej wymuszać to na systemie, który nadal zachował własność środków
trójpanowania (media, policję i kasę). O tym, że nic się nie zmieniło (mimo Internetu itp.
zabawek dla umysłu) przekonuje mnie nie tylko krok wstecz wykonany przez
kapitalizm ku spekulacji zamiast produkcji na rynek – nie trzeba już tak bardzo
dbać o konsumenta, który sam bierze udział w wyścigu szczurów, już nie
po to by wygrać prestiż czy zaspokoić [rozbudzone przez ‘68] pragnienia, ale po
to, by móc zwyczajnie przeżyć czy utrzymać się na dotychczasowym poziomie życia
– jest to efekt wycofania się przez elity z idei opieki społecznej. Dowodzi
tego także fakt, że kapitalizm nie został zdemokratyzowany nawet w takim
stopniu, jak religia czy polityka, że o usamorządowieniu tych trzech sfer życia
publicznego nie wspomnę. Tymczasem postmoderniści nie zauważają nawet, iż
świat, w którym narodziła się kontestacja ’68 skończył się dawno temu, a odlot
na wartości nie jest już nawet potrzebny jako chwyt reklamowy dla nakręcania
konsumpcji w epoce globalizacji. Wszystko to sprawia, iż postmodernizm nie jest
żadną nową epoką a jedynie końcem czy też ciągiem dalszym starej. Od kiedy
zresztą miałaby się ta nowa epoka zacząć i od czego – od państwa
opiekuńczego, jego kontestacji, Internetu, globalizacji czy też puszek po
zupie Warhola!? Trudno tu znaleźć odpowiedź na to pytanie, a przecież dziś
różnica dziesięciolecia czy wskazanie na któreś –to a nie inne– ze wspomnianych
wyżej źródeł może w zupełności sfalsyfikować daną teorię. Przenoszenie konfliktu w wymiar wirtualny jest
nawet na rękę kapitałowi, bo nie musi on niczego produkować by kupić masy (widać
stąd, że bunt jest zawsze wentylem bezpieczeństwa systemu, bo o ile nie
umie go obalić – wzmacnia go wręcz, niczym szczepionka; podobnie jest zresztą z
NGOs’ami, które zajmując miejsce państwa w wielu dziedzinach związanych z
opieką społeczną, służbą zdrowia, oświatą itp., uwalniają od tych spraw
administrację i pozwalają zmniejszyć podatki od kapitału, by zwiększyć jego
zyski, a to, co i tak się daje na państwo, można teraz przeznaczyć na policję –
nocnego stróża kapitału, co jest powrotem do XIX-wiecznego kapitalizmu,
gdzie rząd zajmował się tylko sądami i terrorem, a resztę powierzano
miłosierdziu bogaczy). Zastanawiam się
też, czy w tej sytuacji należy mówić o upublicznieniu wartości życia prywatnego, czy też [i] o re/prywatyzacji organizacji życia społecznego, skoro to od osób prywatnych zależy nie tylko to, czy bezdomny dostanie
coś do zjedzenia, ale i polityka państw, które z re/publiki (kulawej, ale
rzeczy/pospolitej) stają się wykonawcami usług wobec światowego kapitału, od
którego kasy i reklamy zależą partie nimi rządzące. W tej sytuacji może się okazać, że nie/nowe ruchy
społeczne są tylko kwiatkiem do kożucha elit. Żuk, za swymi
autorytetami, pisze o aktorach społecznych itp., co dziwnie mi
przypomina wszelkie odloty myśli krytycznej, która dostrzegając
spektakl... zadowala się nim w praktyce – kulturyzm z definicji oznacza
udział w spektaklu a nie czyn (ważne jest, żeby zeń czerpać
przyjemność, a nie zmieniać go czy tym bardziej obalać)! Nie neguję doraźnej
wartości tego (nie sądzę, że im gorzej tym lepiej), ale nie jest to dla
mnie cel, a nawet główny środek doń. O ile więc owe ruchy będą chciały czegoś
więcej niż rola w spektaklu, zastępowanie lub torpedowanie niechcianych działań
władzy i kapitału czy wymuszanie na nim innych oraz hobbystyczne kultywowanie
własnych wartości i propagowanie ich w otoczeniu, by raczyło uznać je za normy
własne i zorganizować się w oparciu o nie czy wręcz znikanie (jak
proponuje Hakim Bey w Tymczasowej Strefie Autonomicznej), by uchylić się
systemowi i poczuć na luzie – będą musiały pójść o krok dalej, wstecz – ku
próbie przejęcia władzy i narzucenia się siłą (co mnie nie interesuje), albo do
przodu – ku tworzeniu samorządnej wspólnoty (rzeczpospolitej) lub wielu
wspólnot obok (ale i poza zasięgiem) systemu! Wymaga to
uniezależnienia się od ochłapów rzucanych przez system, czyli przeróżnych
grantów, dotacji, ustaw o pomocniczości, równouprawnieniu kobiet,
mniejszościach i samorządzie lokalnym etc., czy choćby przymykania oka na
skłoty (co jest niezbędne przy braku prawa własności [czy też – użytkowania]
danych budynków, a więc pod stałą groźbą likwidacji owych niezależnych
centrów) i oparcia się na własnych środkach produkcji,
przymusu i indoktrynacji, czy raczej auto reprodukcji, samo kształtowania się
społeczeństwa, a nie tylko – samo kształcenia się [życia w świecie wartości]!
To nie jakieś normy kultury, lecz brak dostępu społeczeństwa do materialnych
podstaw kształtowania życia jako podmiot własnego działania (a nie cudzy
przedmiot) sprawia, iż system wygląda tak a nie inaczej. Świadomość jest w
walce ważna (i może kiedyś sama wola stanie się źródłem czynu), ale –jak
widać na przykładzie kulturyzmu– może być też kłamstwem klasowym,
zwodzącym w interesie elit masy, iż to maksimum rozsądnych (choćby i
rewolucyjnych) żądań – jakież to podobne do demokracji rynkowej. Znacznie sensowniej wygląda szukanie zaplecza nowych
ruchów społecznych w Polsce, trudno się bowiem nie zgodzić, iż jest nim u
nas, mimo wszystko, przeważnie inteligencja (choć stare RSA miało w większości
robotnicze pochodzenie). Nie rozumiem tylko uporu w odcinaniu się od klasy
średniej, na którą wskazują autorzy zachodni. Prawdą jest, że u nas klasa
średnia jest mitem propagandowym, zarówno jeśli idzie o jej
istnienie, jak i przypisywane jej wartości – stabilizacji czy modernizacji
systemu. Nieliczne buraki myślą bowiem raczej o tym, jak skosić kasę
jego i ogółu kosztem, niż o reformowaniu go. Nieporozumienie wynika jednak z
różnicy kultury i pojęć, bo to, co u nas określa się mianem inteligencji
na Zachodzie jest częścią klasy średniej (obok rzemiosła itp.), a nikt
nie mówi, że cała owa klasa jest „za” nowymi ruchami, podobnie
jak nie cała inteligencja czy młodzież je popiera. Tymczasem Żuk, zgodnie ze
swą obsesją, każdego, kto ich nie popiera, zalicza do reakcji (tak potraktował
i lumpów, i proletariat, i ową klasę średnią, choć jej przypisuje raczej
bierność polityczną – popieranie oficjalnego ładu). Dla mnie jest zaś
oczywiste, że i klasa średnia na Zachodzie, i inteligencja na Wschodzie,
zawieszone między ludem a elitami, popierały to jednych, to drugich, w imię różnych
haseł, zależnie od swej sytuacji – kiedy się dobrze działo, kochały
system, kiedy jednak ten ich pomijał (ekonomicznie, politycznie czy kulturowo)
stawały na czele rewolucji (narodowej i/lub socjalistycznej – wszystko jedno,
szło bowiem o to, by państwo było ich i dopuściło ich do układu).
Na Zachodzie klasa średnia była za rewolucją w 1848, gdy obalano stary reżim,
potem z reguły broniła swego miejsca reakcją lub umiarkowaniem. U nas stare
łady monarchii czy totalitaryzmu trzymały się znacznie dłużej, więc
inteligencja miała bardziej rewolucyjną orientację, choć nie brak jej było
także i w endecji czy –zwłaszcza– w ONRze (podobnie niejednolity charakter
miała opozycja demokratyczna lat 70-tych i 80-tych). Dlatego nie rozumiem TU do końca przeciwstawienia państwa i [tej części] społeczeństwa
– chwilę potem Żuk sam, za Geremkiem, przyznaję zresztą, iż nie muszą one ze
sobą walczyć, bo mogą się uzupełniać. Kiedy walczą? Gdy rząd nie daje zasiłków
i dotacji, gdy nie chroni przyrody i nie zwalcza faszystów etc., kiedy
to robi jest jednak o’k... Ważne, by państwo było nasze! To właśnie
różni nas, anarchistów od nowych ruchów społecznych i NGOs’ów – wolimy samorządną
rzeczpospolitą zamiast państwa niż społeczeństwo obywatelskie
w państwie, choćby i swoim. Nie ma za to dla mnie znaczenia fakt,
iż dziś (i tu Żuk dostrzega, że jest to epoka glabalizacji i
turbokapitalizmu bez osłon socjalnych, a nie konsumpcji i rewolty ’68) żyjemy
w epoce atomizacji i niechęci do wszelkich działań wspólnotowych, bowiem takie
fale przychodziły już wielokrotnie (u nas np. po 1863) i wielokrotnie wydawało
się, że górę weźmie rynek zamiast państwa, ekonomia zamiast polityki czy –jak u
nas– mieszczaństwo zamiast inteligencji, którą chciano zaprząc do pracy na
rzecz rozwoju kapitału – wystarczy przypomnieć pozytywizm. Pierwszy lepszy
kryzys czy –przeciwnie– koniunktura kładł temu kres (kryzys – bo inteligencja
buntowała się przeciw osłabieniu przezeń swej pozycji, zaś koniunktura – bo
lepsze warunki życia pozwalały pomyśleć o czymś więcej niż czubek własnego
nosa). Inna rzecz, to pytanie, czy inteligencja jest klasą
(warstwą) społeczną, czy też wspólnotą etosu opartą na fundamencie
moralnym? Żuk jako kulturysta obstawia oczywiście to drugie, co nie do
końca jest prawdą –ba, to znów kłamstwo klasowe, tym razem we
własnym a nie elit interesie– inteligencja, co zauważył już na początku XX w.
Machajski, jest grupą społeczną o ściśle określonym interesie. Inteligencji
bowiem zawsze szło o jej państwo – buntowała się, jeśli wymiar publiczny
się nie liczył lub kontrolowali go obcy (anty= czy =semici,
to już nie gra roli, skoro nie szło o fakty, a o epitety wobec przeciwnika,
któremu nie można inaczej dokopać). Nawiasem mówiąc, to ów interes
klasowy (skrywany często za szlachetnymi idejkami – a one to pogłębiają,
skoro nie ma kompromisu...) sprawia, iż inteligencja łatwo staje się gettem
– kto go nie akceptuje, nie jest swój i zaczyna się wrogość – z
wzajemnością (co, nawiasem mówiąc, przypomina mi judeo + chrześcijaństwo). Nie
muszę tu dodawać (wystarczy przypomnieć sobie PRL), że interes ów sprzeczny
jest często z interesem ruchu robotniczego, pod który inteligencja chciała się
podszyć, sama mając zbyt mało siły – chętnie popierała jednak i administrację –
w sumie szeroko pojęty socjalizm (etatyzm) zamiast anarchizmu. A to, że część
(!) z niej, szczególnie ta aktywniejsza, ma swoją mitologię, ów etosik,
który po ’89 poszedł się jebać, gdy inteligencja i jej partia – UW
sprzedały społeczeństwo za dojście do koryta – jej państwa (i stąd teksty o śmierci
inteligencji, choć idzie tylko o daną jej wersję)...!? Cóż – miała go i
szlachta, kler czy proletariat, a nawet chłopi, wojsko etc., choć każda z tych
grup jest wyróżniona społecznie a nie kulturowo. Więcej sensu ma stawianie na
sam etos w wypadku kontrkultury, choć i tu można mówić, iż jest to
doideologizowanie sytuacji społecznej – młodzieży, a że nie całej – a czyż jest
jakaś taka warstwa społeczna, która działa i myśli jako całość a nie tylko jako
główna czy też najaktywniejsza jej część?! W tym momencie można przejść do kolejnej kwestii, a
mianowicie społeczeństwa obywatelskiego – kiedyś utożsamiano je z
państwem (co w demokracji bezpośredniej miało głębokie uzasadnienie), Marks
umieścił je w bazie, Gramsci w nadbudowie i zaczął się spór o to, czy
ważniejsze jest jajko czy kura – baza czy nadbudowa? A starczyło sięgnąć do
Abramowskiego (znowu!) i wstawić ów współczynnik humanistyczny pomiędzy
nie, bo to człowiek (sumienie) wybiera w określonych warunkach
(baza) określone rozwiązanie (nadbudowa), albo w imię określonych idejek (znów
nadbudowa) tworzy określone sytuacje (znów baza), nie będąc ani jedną,
ani drugą – i robi to sam lub z innymi, skutek jest zawsze wypadkową działań
ogółu (owego dziania się), a nie jego samego czy jego partii –
przynajmniej póki nie ma woli [w] rzeczpospolitej. Do
Abramowskiego trzeba było sięgnąć i po to, by nie opowiadać bzdur o świadomym
lub nie wpływie Gramsciego na rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Polsce
– nikt tu nie używał tego pojęcia, rozróżnienie między narodem (społeczeństwem)
a rządem (państwem) sięgało co najmniej schyłku średniowiecza (Polska nie
rządem stała a swobodami obywateli!), opozycja kierowała się raczej praktyką
niż teorią, a jeśli już – to właśnie ideami samorządnej rzeczpospolitej
Abramowskiego (patrz: program Solidarności z 1981), ale – Żuk
woli wierzyć, iż to jego zachodnie a uczone idejki są ważniejsze niż życie i
jego własna tradycja (chociaż, uczciwie rzecz biorąc, sam nie wie, co myśli,
raz bowiem podkreśla ów wpływ, drugi raz go neguje, a na kolejnej stronie
pisze, że trudno powiedzieć w jakim stopniu..., bowiem wszystko zależy
od lektury cytowanej w danej chwili, a nie od faktów czy własnych przekonań na
ich temat). Czy społeczeństwo obywatelskie i demokracja
rynkowa są różne czy tożsame? Historycznie rzecz biorąc istniały one zawsze
razem (szczególny przykład demokracji szlacheckiej tu nie pasuje, była ona
bowiem samorządną rzeczpospolitą opartą na korporacjach a nie
stowarzyszeniach, do których przynależność jest dowolna i które nie obejmują
ogółu danej społeczności czy profesji). Nie zmienia tego faktu odmienna
sytuacja opozycji na Wschodzie, skoro owocem opozycji demokratycznej było
ustanowienie demokracji rynkowej – pozwala to jednak łatwiej znaleźć odpowiedź
na inne pytanie: czy własność jest podstawą wolności? Tak było i w
demokracji szlacheckiej (inaczej niż we wschodnich despotiach, a nawet
zachodnim feudalizmie), i w burżuazyjnej (w przeciwieństwie do socjalistycznego
etatyzmu). Czy jednak wolność wyrastała z własności (a la Marks),
czy raczej była jej warunkiem (a la Gramsci)!? Sądzę, iż to drugie
– bez wolności własność można łatwo zabrać, można ją też dać a i tak sama z
siebie nie uczyni demokracji, choć ktoś, kto coś ma, będzie prawa do tego
bronił, a więc i poszerzał swoją (a pośrednio i cudzą) wolność (od
uroszczeń władz). Faktem jest, iż łatwiej organizować się w świecie idei [niż]
> polityki [a zwłaszcza] > gospodarki, a to ze względu na ich nieuchwytność
i taniość. Wolność (wola) działa więc w tą [>] stronę, konieczność
(możliwości) w przeciwną [<]. Dzieje się tak dla całej woli + mocy, a więc i
dla społeczeństwa, i dla władzy (historycznie najpierw opanowano kulturę, stąd
władza kościoła, potem społeczeństwo i rządy państwa, a w końcu technika
panująca nad naturą i władza rynku nad ludźmi – także kontestacja systemu
zaczyna się od idejek, potem tworzy się organizację, a na koniec robi skok
na kasę, czyli przejmuje się środki indoktrynacji, przymusu i produkcji). Z
drugiej strony większe środki dla realizacji celów w razie ich
opanowania (jak u Gramsciego poniekąd, choć warunkowo)
daje gospodarka niż polityka, a zwłaszcza kultura (ich brak usiłuje się nieraz
nimi nadrobić, stąd reżimy ideologiczne w krajach niedorozwiniętych
gospodarczo, ale i przewrót polityczny jako warunek zmiany w systemie
własności). Żuk (tu: za Szackim) mąci, gdy usiłuje oddzielić
społeczeństwo obywatelskie od politycznego (czy ekonomicznego).
Wynika to z niechlujności pojęć, którymi posługuje się większość socjologów i
stąd takie kwiatki jak III-ci sektor (NGOs’y w stosunku do
państwa i rynku – a co z kościołem czy kulturą w ogóle?!) czy IV-a
władza (media w stosunku do sejmu, rządu i sądów – o rany, przecież to
wszystko jest władzą polityczną, media, kościół, oświata itp. to kultura,
a trzecią władzą jest gospodarka, kapitał). Gdyby znów sięgnąć do Nowaka
byłoby prościej i sensowniej – zarówno władza, jak i wolność mogą mieć miejsce
w trzech wymiarach: ekonomicznym (w stosunku do świata rzeczy),
politycznym (w stosunku do świata ludzi) i kulturowym (w stosunku do
świata wyobrażeń [x 3] o nich). Ich zakres może być różny,
dysponować środkami w owych sferach mogą elity, klasy średnie (w tym i
inteligencja) lub masy (zakres ostatni we wszystkich wymiarach byłby pełnym wyzwoleniem
– czymś, co nazywam samorządną rzeczpospolitą), można to robić
indywidualnie i kolektywnie, także w ekonomii – jak w przypadku LETS (czyli
lokalnych sieci wymiany towarów i usług), czy feudalizmu. A propos tego
ostatniego warto zauważyć, że różne mogą być formy dysponowania danymi
środkami, może istnieć własność prywatna czy publiczna, ale i –jak tu–
podzielona, ba – można też mieć wpływ –prośbą czy groźbą, choćby z pomocą
władzy innego wymiaru– na cudze środki) etc. Społeczny lub prywatny wymiar
naszej aktywności zależy często od naszych możliwości, bowiem bezradność
desocjalizuje, choć z drugiej strony eliminacja z gry oficjalnej skłania nas
czasem do organizowania się poza układem. Dziwnie natomiast brzmi wmawianie prywatności
–opanowującemu politykę i kulturę– kapitałowi w epoce globalizacji. Czy władza,
choćby nie wiem jak egoistyczna, może być nie – publiczna!? Jeśli zaś idzie o społeczeństwo obywatelskie, to
jest ono tak samo polityczne jak państwo (owo: społeczeństwo
polityczne – cóż za nowotwór językowy), tyle że jest samorządnością w owym
wymiarze, gdy rząd jest cudzym zamordyzmem w stosunku do nas / mas (rynek zaś
dotyczy innego wymiaru i –o ile nie mamy do czynienia z jakąś formą totalitaryzmu–
jest z zupełnie innej bajki). Zamiast tego Żukowi wychodzi... IV sektor!
Co to takiego? Otóż mamy tu do czynienia z próbą wyodrębnienia w nowych
ruchach społecznych tych, co działają w swoich działkach (sektor III), i
tych, co myślą i działają globalnie (sektor IV). Czy to jednak wyczerpuje
liczbę sektorów? No bo co zrobić z różnicą między ruchami poza- i anty systemowymi (V
sektor)? Dla mnie jasne jest, co widać i z samej pracy, że feministki, a
nawet ekolodzy, bez trudu na ogół mieszczą się w ramach systemu, choć pragną
mieć większy wpływ na jego funkcjonowanie. Przy okazji Żuk dopuszcza się
manipulacji, bowiem na pytanie: czy w obecnym systemie możesz
zrealizować swoje cele? – „tak” odpowiedziało 13 osób, „nie” – 17, a 24 nie
miały jasno określonego zdania na ten temat. Żuk uznał więc, że większość (17 +
24) „nie może”, co miało dowodzić (wbrew cytowanemu tuż obok Glińskiemu i innej
możliwej interpretacji: 13 + 24), iż nowe ruchy społeczne w
Polsce trzeba zaliczyć do sektora IV-ego, widzącego konieczność zmian
systemowych, a nie tylko pewnych reform i wytężonej pracy, jak NGOs’y. Wbrew
niemu, poza skłotersami, będącymi wszak częścią ruchu anarchistycznego, w
nowych ruchy społecznych anarchizm (czy choćby rewolucjonizm w duchu
narodowego czy socjalistycznego etatyzmu) nie jest dominujący, a ogół wierzy w prawdziwą
[ale] demokrację. Tu pojawia się pytanie: czy do tego by konkretnie
działać potrzeba całościowej wizji, czy nie wystarczy sam
akcjonizm!? Dla wielu ludzi tak, bowiem działanie może być dla nich celem samym
w sobie (to zresztą może być główny motyw bycia w ruchu – coś się
dzieje, jestem ze swoimi ludźmi etc.), wielu też wyraźnie
unika czegoś więcej, bo taka szersza wizja antysystemowa kojarzy im się z
rewolucją, a to jest już poważne ryzyko, bo to i lęk przed wypaczeniami
(przez analogię z komuną), i odpowiedzialność większa (choć niektórzy i to mają
za zabawę tylko), i większy opór ze strony systemu (co innego ustąpić w
konkretnej sprawie, a co innego uznać, że coś jest nie w porządku w ogóle –
nawiasem mówiąc, przypomina mi to swą połowicznością rewizjonizm z lat 1960-tych
w Polsce). I nie idzie mi tu o to, by gadać wciąż o rewolucji, ale o to, by
zapleczem działania lokalnego było myślenie globalne, bo bez tego
łatwo się pogubić i pomylić cele ze środkami, uznając np., że branie łapówek
może poprawić finanse organizacji, a start w wyborach parlamentarnych – jej
obecność w życiu publicznym (zaś doświadczenia nowych ruchów w Polsce,
szczególnie ekologów, pokazują, iż nie jest to czysto teoretyczne zastrzeżenie
– przykładem z Zachodu zaś niech będą niemieccy Zieloni, którzy –choć
niby pacyfiści– za utrzymanie się w koalicji rządowej wyrazili zgodę na
wysłanie wojsk niemieckich na wojnę w Afganistanie). O oczywistościach (typu: alternatywiści nie
wierzą w to samo, co system, biznes i kler, a ruchy społeczne różnią się swą
strukturą od partii) nie będę się rozpisywał, podobnie jak o kupie arbitralnych
wypowiedzi, często będących cytatami z innych autorów (dobrobyt i oświata jako
warunek postmodernizacji wartości są jakby nieaktualne, bo recesja
spycha całe grupy społeczeństwa w biedę, a umasowiona oświata ma coraz niższy poziom
– stosunek do seksu jako wyznacznik postmodernizmu ma sens tylko w świecie
chrześcijańskim, bo tu panował silniejszy niż w innych kulturach pierdolec na
tym tle, nie jest to więc reguła uniwersalna – najbardziej spostmodernizowane kraje skandynawskie i Holandia nie były
prekursorami modernizacji, inaczej niż Anglia, Francja czy Niemcy, idzie raczej
o to, iż nie obciążały ich wojny światowe czy własna polityka imperialna, a
jako społeczeństwa niewielkie są bardziej zintegrowane niż główne kraje Zachodu
etc., etc., etc.). Ciekawostką jest fakt, iż Polska nie pasuje do żadnego
modelu systemu wartości (ani protestanckiego, ani katolickiego Zachodu, ani
Wschodu), bo łączy wartości materialistyczne z tradycjonalizmem, co ma być
reakcją na zagrożenie – tyle, że nie idzie tu o wymiar społeczno-ekonomiczny,
jak chcieliby zapewne autorzy, a o polityczną historię: bóg był pistoletem,
z którego chcieliśmy zastrzelić Marksa czy zaborców i w Polsce niepodległej
stanie się zapewne zbędny, choć trzeba też zauważyć, że mamy tu do czynienia ze
zróżnicowaniem regionalnym: Polska południowo-wschodnia jest bardziej
zacofana i przez to bardziej tradycyjna niż stolica czy ziemie odzyskane;
gdyby szło o biedę, to w Słupsku czy Elblągu powinien wygrać AWS a nie SLD. A
że w kapitalizmie każdy kocha kasę, to nic niezwykłego. Inna ciekawostka to fakt (do przewidzenia zresztą), iż
najbardziej postmoderniztyczne wartości mają skłotersi, mniej zaś część
ekologów a zwłaszcza feministek, choć i tu dominują oczywiście poglądy
alternatywne. Żuk rozmył nieco wyniki przez grupę mieszaną, gdyby
zliczyć jednak same odpowiedzi, to [w stosunku do post–] modernistyczne
obejmują odpowiednio 1/45 (!), 1/5 i 1/3 danej grupy, choć mam tu pewne
wątpliwości jeśli idzie o zaliczenie do kategorii postmodernizmu dążenia do zwiększenia udziału ludzi na
politykę, bo czyż nie o to szło i modernistycznej demokracji!? Jest to
najczęstsza opcja we wszystkich grupach badanych, więc nie zmienia proporcji
między nimi, choć może to zrobić jeśli chodzi o ich zaliczenie do systemu
wartości tej czy innej epoki. Żuk fałszuje też klasowy obraz sytuacji,
chcąc za wszelką cenę przypisać nowe ruchy społeczne do lewicy,
tu wydzielanej ze względu na kulturę – wybór między postępem a tradycją czy
pluralizmem a homogenicznością, co jest szczególną lipą – pomijając
totalitaryzm PRL, wystarczy spojrzeć na ilość opcji prawicowych i lewicowych w
III Polsce, by ujrzeć, która strona jest bardziej jednolita; to samo ze
skłonnością lewicy do centralistycznego etatyzmu a nie indywidualnej
prywatyzacji, którą ceni prawa strona (nawiasem mówiąc, Żuk próbuje
rehabilitować i PRL, bo... dziś nie ma socjalu, choć wtedy nie było
wolności – nie zauważa nawet, iż socjal przepada i na Zachodzie, a
wynika to nie z[e zmiany] ustroju, a załamania koniunktury gospodarczej przez
liberalizację handlu i rozwój spekulacji). Dla mnie kryterium wyróżnienia lewicy
winien być stosunek do panowania nad bazą i tolerancji w sferze kultury w
miejsce panowania państwa w wymiarze nadbudowy i swobody w ekonomii, jak czyni
to prawica – rezygnacja z obu zakresów panowania oznacza wolność,
akceptacja obu – totalitaryzm, zaś umiarkowanie – centrum, są
bowiem aż cztery a nie dwie skrajności. Żuk przypisuje nam jednak lewicowość,
mimo iż większość alternatywistów woli określać się jako wolnościowcy,
negując oba zakresy władzy, co w świetle powyższego podziału na cztery
skrajności nie może dziwić, choć pewnie da się ich zmusić w obecnej Polsce do
wyboru lewicy przeciw prawicy – można tu bowiem
wykorzystać niechęć do kościoła, nacjonalizmu czy kapitału, skrzętnie
rezygnując z podobnej czujności w drugą stronę (autor np. nie pisze nic o
infiltracji nowych ruchów przez lewaków czy zagrożeniu przez etatyzm).
Wynika to z próby wykreowania sojuszu nowych ruchów ze starą lewicą
(tu – z żukowym SLD, pewnie kiedyś się okaże, że był Konradem Wallenrodem
sprawy). Żali się wprawdzie, iż póki co nie widać chęci SLD do kupienia nowych
ruchów (i jego) kulturyzmu, ale ufa, że kiedyś się to stanie, co połączy młodego
Marksa ze starym i zatrze różnicę między obu lewicami, bo młodzi kupują
już socjal[ne świadczenia] i trzeba tylko, by starzy kupili jeszcze kulturkę
– nowy image (przy okazji mówi nieprawdę o braku zainteresowania nowymi
tematami ze strony partii – przynajmniej jeśli idzie o ekologię, to wszystkie o
niej mówią – a że nieszczerze, to i starych tematów dotyczy).
Czy nie ma innych perspektyw dla nowych ruchów?
Żuk rozważa obok sojuszu z Sojuszem samodzielny start w wyborach czy terroryzm,
ale oba (i z tym się na dziś można zgodzić) są u nas nierealne na szerszą skalę
– o wiele większe jest prawdopodobieństwo instytucjonalizacji (a więc przechodzenia
na pozycje NGOs’ów), lecz nawet gdyby owe ruchy miały zniknąć –powiada Żuk– sam
duch romantyczno-niepokorny jak trwał, tak trwał będzie nadal (nawiasem mówiąc,
tu okazuje się, że owe ruchy nie są nowe i mają tradycje, choć poza owym
zdaniem nic więcej o tym nie znajdziemy). Póki co, szansę na sukces widzi w turystyce
antyglobalistycznej, czyli –jak on to mówi– nowej międzynarodówce
protestu. Możliwość wyjścia poza kulturyzm (sprzedawany partiom starej
lewicy) Żukowi w ogóle nie przychodzi do głowy, nie ma tu ani słowa o LETS’ach,
spółdzielczości, przechwytywaniu samorządu (w pracy czy w życiu) i budowaniu
rzeczpospolitej poza układem, ale i poza głową samą czy mediami, choćby nowymi
– Żuk ma świadomość, iż nowe ruchy są tylko propagandą czynem,
naciskiem na system [by to on coś zrobił – same nie mają mocy, co wynika z ich
samo ograniczania się i ustawiania w stosunku do systemu, a nie tworzenia
świata dla siebie samemu – J@ny]. Dla mnie to nie media rządzą światem, a
państwo i kapitał przy pomocy –m. in.– mediów, o czym Żuk zdaje się zapominać
(kościół stawiał przede wszystkim na racje, państwo na [prze]moc,
rynek zaś na racjonalną moc techniki, ale każda władza używała
wszystkich tych metod [kolejne władze nie zastępują się, lecz kumulują],
akcentując co najwyżej którąś z nich, i każda opierała się na dysponowaniu
środkami pozwalającymi na aktywność w danych wymiarach), a informacją
umożliwiającą rządzenie jest nie tylko to, co publikuje się w mediach. Bez
[własności] środków upowszechniania sama informacja niewiele znaczy, a
kulturyzm w imię walki o wartości zapomina często o owe środki walczyć,
czym rozbraja społeczeństwo.
Kulturyzm to duch bez życia / materii, takie nowe
chrześcijaństwo, które liczy na sumienie jednostki, nie wiedząc,
iż istnieje ono w świecie, który mu sprzyja lub nie, i idzie o to, by warunki
społeczne preferowały wybór dobra zamiast liczyć na heroizm jednostki i by je
stwarzać samemu a nie szukać w systemie (by wiedzieć, starczyło sięgnąć
do filozofii czynu czy Abramowskiego). W obecnej postaci, czyli bez
budowania realnej alternatywy samemu (a więc bez przejścia od kultury do
samorządu) nowe ruchy społeczne mogą bowiem mobilizować do czegoś
i coś głosić, ale tym czymś nie są! Zaś w świecie spektaklu
ich słabość ujawniło najnowsze show władzy (walka z terroryzmem
całkowicie wyeliminowała walkę z globalizacją z mediów i świadomości ogółu
– Żuk zauważa zresztą, że u nas w spektaklu antyglobalizacyjnym i walce z Unią
Europejską aktywniejsze są środowiska konserwatywno-nacjonalistyczne niż
alternatywa czy związki zawodowe).
|