Jak USA może bombardować tych biednych ludzi


Jesteśmy obecnie świadkami najbardziej epickich wydarzeń od czasów II Wojny Światowej, a z pewnością od czasu wojny w Wietnamie. Nie mówię tutaj o ruinach World Trade Center w Nowym Jorku czy o tych groteskowych scenach, jakich byliśmy świadkami 11 września, o okrucieństwie, które określiłem mianem zbrodni przeciwko ludności (a o której słów kilka później). Nie, mówię o niezwykłych, prawie przekraczających nasze wyobrażenie przygotowaniach czynionych przez najpotężniejszy naród, jaki kiedykolwiek istniał na ziemi, przeciwko najbardziej zdewastowanemu, zniszczonemu, zgwałconemu, prześladowanemu przez głód i tragicznemu krajowi na świecie. Afganistan – zraniony, wyjałowiony przez dziesięcioletnią obecność armii radzieckiej, pozostawiony przez swoich sojuszników, oczywiście przez nas. Teraz kiedy Rosjanie już się wynieśli, stoi w obliczu ataku zwycięskiego supermocarstwa.

Patrzę na to, co się dzieje z niedowierzaniem, nie tylko dlatego, że byłem świadkiem radzieckiej inwazji i okupacji. Patrzyłem na to, jak walczą dla nas owi Afgańcy, jak wierzą naszym zapewnieniom. Jak zaufali prezydentowi Carterowi, gdy obiecywał zachodnie poparcie. Spotkałem nawet ducha z CIA w Peszewarze, wymachującego dokumentami sowieckiego pilota, które zostały wygrzebane z wraku jego MIGa, zestrzelonego przy pomocy jednej z naszych rakiet. „Biedny facet”, powiedział człowiek z CIA zanim pokazał nam w swym prywatnym kinie, jak to amerykańscy żołnierze zabijali w Wietkongu. Pamiętam też co mówili mi sowieccy oficerowie po tym, jak zostałem aresztowany w Salangu. Spełniamy w Afganistanie nasz międzynarodowy obowiązek. „Karzemy terrorystów”, którzy chcieli obalić (komunistyczny) rząd afgański i zniszczyć ludność tego kraju. Czy nie brzmi to znajomo?

W latach 80-tych pracowałem dla „The Times” i właśnie w południowym Kabulu szukałem materiałów dla wstrząsającego artykułu. Grupa religijnych mudżahedinów zaatakowała szkołę, ponieważ komunistyczny reżim zmusił dziewczynki do uczestniczenia w lekcjach wraz z chłopcami. Tak więc zbombardowano szkołę, zabito żonę dyrektora, a jemu samemu obcięto głowę. Wszystko to prawda. Lecz kiedy „The Times” opublikował tę historię, Ministerstwo Spraw Zagranicznych złożyło skargę zagranicznej redakcji, żaląc się, że mój artykuł wspiera Rosję. Oczywiście. Ponieważ afgańscy wojownicy byli dobrymi facetami. Ponieważ Osama ben Laden był dobrym facetem. Charles Douglas-Home, ówczesny redaktor naczelny „The Timesa” zawsze nalegał, aby w nagłówkach afgańskich partyzantów nazywać „bojownikami o wolność”. Nie było niczego takiego, czego nie dałoby się zrobić ze słowami.

I tak jest dzisiaj. Prezydent Bush grozi teraz taką samą karą, jaką zamierza wymierzyć ben Ladenowi, obskuranckim, ignoranckim i ultrakonserwatywnym Talibom. Bush pierwotnie mówił o „sprawiedliwości i karze” oraz o „oddaniu w ręce sprawiedliwości” sprawców zbrodni. Nie wysyła on jednak policjantów na Bliski Wschód, wysyła bombowce B-52. Oraz F-16, samoloty AWACS oraz helikoptery Apache. Nie zamierzamy aresztować ben Ladena. Naszym celem jest zniszczenie go. I tak być powinno, jeśli jest on winny. Jednak B-52 nie odróżniają ludzi noszących turbany, nie odróżniają mężczyzn od kobiet, kobiet od dzieci.

Pisałem w zeszłym tygodniu o kulturze cenzury, o kulturze, która nas obecnie dusi. Pisałem także o atakach jakie muszą znosić ci dziennikarze, którzy kwestionują przyczyny obecnego kryzysu. Tydzień temu w europejskiej gazecie znalazłem nowy i pouczający przykład tego, co to znaczy. Oskarżony zostałem o antyamerykanizm, a później poinformowany o tym, że jest on pokrewny antysemityzmowi. Oto oczywiście sedno sprawy. Nie jestem pewien czym jest antyamerykanizm. Lecz obecnie krytyka USA ma być moralnym ekwiwalentem nienawiści do Żydów. Jest wszystko w porządku, gdy pisze się o „islamskim terrorze” czy, co jest moim ulubionym francuskim przykładem, o „szaleńcach Boga”, lecz jest absolutnie zakazane zadawanie pytania o to dlaczego tak wielu arabskich muzułmanów na Bliskim Wschodzie nienawidzi Stanów Zjednoczonych. Możemy nadać mordercom muzułmańską tożsamość, możemy wskazać na Bliski Wschód jako odpowiedzialny za zbrodnie, nie możemy sugerować jednak żadnych jej przyczyn.

Powróćmy do słowa „sprawiedliwość”. Musi być wielu ludzi, którzy raz jeszcze przyglądając się pornograficzności masowej zbrodni w Nowym Jorku, podzielają moje przekonanie, że była to zbrodnia przeciwko ludzkości. Ponad sześć tysięcy ofiar, to rzeź w Srebrenicy. Nawet Serbowie oszczędzili większość kobiet i dzieci, zabijając ich mężów i ojców. Śmierć Srebrenicy zasługuje na międzynarodową sprawiedliwość w Hadze. Z pewnością potrzebujemy Międzynarodowego Trybunału, aby poradzić sobie z takimi mordercami, jak ci którzy zniszczyli Nowy Jork 11 września. Jednak amerykanie nie mówią o „zbrodni przeciwko ludzkości”, wolą nieco mniej mocne określenie „zbrodnia terroryzmu”. Zastanawiam się dlaczego? Ponieważ mówienie o terrorystycznej zbrodni przeciwko ludzkości byłoby tautologią. Albo dlatego też, że Stany Zjednoczone są przeciwko międzynarodowej sprawiedliwości. Albo też dlatego, że specjalnie występowali przeciwko utworzeniu międzynarodowego trybunału, który działałby na tej zasadzie, że pewnego dnia ich właśni obywatele mogliby zostać postawieni przed nim.

Problemem jest to, że Ameryka chce swej własnej sprawiedliwości, której wyobrażenie, jak się wydaje, zakorzenione jest na Dzikim Zachodzie i hollywoodzkiej wersji II Wojny Światowej. Prezydent Bush mówi o wykurzeniu ich, o starych plakatach zdobiących kiedyś Dodge City: „Poszukiwany, żywy lub martwy”. Tony Blair mówi nam o tym, że musimy teraz stać przy Ameryce, jak ta stała przy nas podczas II Wojny Światowej. To prawda, że Ameryka pozwoliła nam wyzwolić Zachodnią Europę. W obu jednak wojnach Stany Zjednoczone zdecydowały się na interwencję po długim, i w przypadku II Wojny Światowej bardzo zyskownym, okresie neutralności.

Czy śmierć Manhattanu nie zasługuje na coś lepszego niż to? Mniej niż trzy lata temu wystrzeliliśmy 200 pocisków Cruise na Irak za wyrzucenie wojskowych obserwatorów Narodów Zjednoczonych. Nie trzeba dodawać, że żaden inspektor nie wrócił tam, sankcje dalej trwają, a irackie dzieci ciągle umierają. Żadnej polityki, żadnych perspektyw. Działanie, nie słowa.

I oto gdzie dzisiaj jesteśmy. Zamiast udzielić pomocy Afganistanowi 10 lat temu, zamiast przebudować jego miasta i jego kulturę, zamiast stworzyć nowe polityczne centrum, które pozwoliłoby na wyjście poza trybalizm, zostawiliśmy go, aby gnił. Sarajewo mogło zostać odbudowane. Nie Kabul. Można było ustanowić demokrację w Bośni. Jednak nie w Afganistanie. Szkoły otworzono w Tuzli i Travniku. Nie zrobiono tego w Dżalabadzie. Kiedy przybyli Talibowie, wieszając swoich przeciwników, podrzynając gardła armii złodziei, kamieniując kobiety za cudzołóstwo, Stany Zjednoczone uznały tych strasznych ludzi za czynnik stabilizujący kraj po latach panującej anarchii.

Groźby Busha zmusiły do ucieczki wszystkich zachodnich działaczy humanitarnych. I już Afgańczycy umierają z powodu ich braku. Susza i głód zabijają miliony, a około 20 – 25 Afgańczyków ginie codziennie z powodu pozostawionych przez Rosjan 10 milionów min. Oczywiście Rosjanie nigdy nie wrócili po to, aby je usunąć. Przypuszczam, że bombowce B-52 zlikwidują kilka tych min. I będzie to jedyne humanitarne dzieło, jaki zobaczymy w najbliższej przyszłości.

Spójrzcie na najbardziej wstrząsający obraz zeszłego tygodnia. Pakistan zamknął swoje granice z Afganistanem. Tak samo Iran. Afgańczycy mają pozostać w swoim więzieniu. Chyba że przejdą przez Pakistan, zostaną wyrzuceni na francuskiej plaży czy wodach Australii, przeprawią się przez kanał La Manche lub porwą samolot do Wielkiej Brytanii, aby stawić czoła oburzeniu naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W takim przypadku muszą zostać odesłani z powrotem, zawróceni, należy odmówić im prawa wjazdu. Jest naprawdę okropną ironią to, że jedynym człowiekiem, na którego czekamy z Afganistanu jest człowiek, o którym się mówi, że jest geniuszem zbrodni stojącym za największym w historii Ameryki masowym morderstwem: ben Laden. Reszta może zostać w domu i umrzeć.

   Robert Fisk

Komentarz ZNet, 23 września 2001.

 Tłum. Krzysztof Kędziora



<< powrót