Recenzje
-Paul Elliot "Krwawa historia morderstw i zamahów politycznych"
-Motives!
-Janusz Reichel "Autozdrada"
-"Diego" film dok. Federica Goldberga


 

Paul Elliot "Krwawa historia morderstw i zamachów politycznych"
Dom Wydawniczy Bellona 2001


W czasach wzmożonej histerii antyterrorystycznej, pozycje taka jak ta, czy też podobne, opisujące bądź to mordy polityczne, bądź działania grup terrorystycznych, cieszyć się będą z całą pewnością wzięciem u chłonnych sensacji czytelników. Gdy media na każdym kroku głoszą nam, że każdy z nas może stać się ofiarą terrorystycznych szaleńców, gdy na każdym kroku słychać odgłosy paniki wśród ogłupionego społeczeństwa, byle książka o terroryzmie może stać się w oczach potocznego człowieka cenną encyklopedią wiedzy. Miejmy nadzieję, że nie wszyscy wpadniemy w szpony propagandowego sidła i nie damy się nabrać tym, którym najbardziej zależy na wywołaniu wśród społeczeństwa najgorszych odruchów.

Książka Paula Elliota, współczesnego historyka z Wielkiej Brytanii, ponoć też znawcy tajnych organizacji, kultów i sprzysiężeń, jak i ekspert w dziedzinach wojskowości, ukazała się co prawda przed wrześniowymi zamachami w USA, ale doskonale może się wpasować w dzisiejszą atmosferę. Co prawda nie do końca chodzi w niej o czysty terroryzm, a bynajmniej ten islamski, to jednak może być przykładem tego, czego powinniśmy się bać, czyli skrytobójczych morderstw, zamachów na głowy państw, zamachów bombowych czy też niecnych działań tajnych służb, bo i o tym po trochu tu jest.

Książka, jak na napisaną przez eksperta, wydaje się być mało dokładna i nieprecyzyjna. Nie dziwmy się temu, tu nie chodziło o precyzyjność i nawet jak autor jest nie dokładny historycznie, to należy mu to wybaczyć. Książka napisana jest językiem prostym więc i skierowana jest to odbiorcy powszechnego, jej zadaniem jest wzbudzić sensacje a nie dojść prawdy historycznej.

Doskonałym tego przykładem jest jeden z rozdziałów poświęcony anarchistom. Już samo opisanie ruchu anarchistycznego, nie wspominając o ideologii, w niecałych pięciu stronach zakrawa o pobudzenie odruchów śmiechu. Znajomość ideologii anarchistycznej ogranicza się chyba u autora do znajomość zamachów przeprowadzonych rękoma anarchistów w XIX i XX wieku.

Według Elliota, anarchizm to „utopijny kierunek społeczno-filozoficzny, wyznawany przez przedstawicieli wykształconych elit, którzy rzucali wyzwanie nędzy, prześladowaniom i niesprawiedliwości społecznej”. Ktoś kto orientuje się choć trochę w historii ruchu anarchistycznego z całą pewnością nie zgodzi się z tak postawionym stwierdzeniem. Zdecydowana większość uczestników ruchu wywodziła się z szerokich mas robotniczych (jak np. w Hiszpanii), ewentualnie chłopskich (jak na Ukrainie), oraz z cechów rzemieślniczych (jak w Szwajcarii). Owszem, byli wśród anarchistów inteligenci, jak i członkowie rodzin arystokratycznych, ale nie znaczy to tego, że to na nich opierał się anarchizm.

Elliot wskazuje na podobieństwo w metodach walki, pomiędzy anarchistami a współczesnym terroryzmem, podkreślając jednak, że „O ile bojownicy IRA czy separatystycznej ETA, mogą twierdzić, iż walczą o prawa mniejszość, to ugrupowania rewolucyjne pozbawione są tego argumentu”. Owszem, tyle tylko, że anarchiści nie mogli walczyć o prawa mniejszości, ponieważ należeli do uciskanej większości! Na przełomie wieków, gdy wyzysk robotników i chłopów był o wiele większy niż dzisiaj, to właśnie anarchiści byli w większości, w większość ciemiężonej i wyzyskiwanej i nie ma co tu tego podważać. Autor omawianej książki widocznie nie douczył się w tym temacie skoro walkę anarchistów sam ogranicza tylko i wyłącznie do zamachów terrorystycznych i zabójstw głów państw (i tu nawet jest ograniczony sprowadzając wszystko do działań Narodnej Woli, zabójstwa premiera Francji, króla Włoch i prezydenta USA). A gdzie walka w fabrykach przy pomocy sabotażu i strajku? A gdzie walka propagandowa i wolnościowa edukacja? A co w końcu z anarchistami odrzucającymi przemoc jako formę walki? Czy tak wykształcony człowiek nie mógł wiedzieć o tym? Co mi się wydaje, że anarchizm w tej książce celowo został ograniczony do jego ciemniejszej strony, czyli zamachów i zabójstw.

I jeszcze jedno, anarchiści zabijając królów, premierów czy biskupów, nie liczyli na nagłe załamanie się systemu państwowego, jak twierdzi Elliot porównując ich do średniowiecznych asasynów. Zabójstwa te zazwyczaj były zemstą za krzywdy jakie spotkał lud, były wyrównaniem rachunków. Mało który zamachowiec liczył na to, że po jego zamachu będzie lepiej i nastanie raj, każdy zdawał sobie sprawę z tego, że może się nic nie zmienić a on sam może skończyć na szubienicy, w najlepszym przypadku w więzieniu.

Rozdział omawiający terrorystyczne działania anarchistów kończy się opisem zabójstwa arcyksięcia Ferdynarda w Sarajewie. Nie wiem dlaczego czyn ten został ujęty w rozdziale poświęconym anarchizmowi skoro sam autor twierdzi, że z zamachem tym anarchiści nie mieli nic wspólnego. O tym czy jest to stuprocentowa prawda czytelnicy „Innego Świata” mogą się przekonać czytając artykuł „Czy anarchiści wywołali I wojnę światową?” zamieszczony w tym numerze pisma. Tu jeszcze jedna dygresja, Pan Elliot napisał: „Na paradoks zakrawa fakt, iż anarchiści, dążący do spowodowania właśnie takiej globalnej katastrofy, akurat do zamachu w Sarajewie nie przyłożyli ręki”. Nie rozumiem o co chodziło z tą „globalną katastrofą”? Zawsze wydawało mi się, że ruch anarchistyczny, zarówno kiedyś jak i dziś, był i jest ruchem antywojennym, ruchem sprzeciwiającym się wyżynaniu się narodów pomiędzy sobą, a tym właśnie była I wojna światowa! Jeśli anarchistom chodziło kiedykolwiek o wywołanie jakiejś wojny, to była to wojna pomiędzy wyzyskiwanymi i wyzyskiwaczami, pomiędzy tymi co głodują, a tymi co opływają w dostatek. Ale tego Pan Elliot nie mógł napisać, pewnie dlatego, iż należy do tej drugiej kategorii ludzi.

Wnioski nasuwają się same, Paul Elliot świadomie lub nie zdyskredytował cały dorobek ruchu wolnościowego opisując jego najbardziej radykalne i stosujące przemoc w walce elementy. Wybaczyć mu tego nie możemy, przez wypisywanie takich steków bzdur, potoczny człowiek na pierwszego lepszego napotkanego anarchistę będzie patrzył z dzikim przerażeniem, a ot takiego wzroku do siłowego odreagowania już niedaleko...

^do góry^

Motives!
Gorra Herriak Esan Ozekin Records


O tym jak mało jest na polskim rynku wydawniczym muzyki rewolucyjnej może przekonać się każdy. Wytwórnie z pierwszego obiegu zazwyczaj omijają taki rodzaj twórczości, te które nazywają się niezależnymi skupione są na wszelakich odmianach punk rocka, reggae czy innej muzyki gitarowej. Oczywiście wielu z wykonawców tam wydawanych ma jak najbardziej odpowiednie przesłanie, to jednak brakuje tu tej rewolucyjnej atmosfery i zacięcia. Tak więc, takich wydawnictw mieliśmy w Polsce jak na razie dosłownie kilka, a związanych bezpośrednio z anarchizmem może ze dwa, a szkoda.

Jak mówi stare przysłowie pszczół, na bezrybiu i rak ryba, więc ucieszyłem się niezmiernie gdy razu pewnego mogłem nabyć sobie kasetkę rewolucyjnego kolektywu MOTIVES! Szesnastoosobowy skład muzyczny co prawda swą twórczość kieruje głównie do lewicowego słuchacza, ale i anarchiście miło posłuchać gorących piosenek o tym, że rewolucja to piękna rzecz. Dlatego też pomijając dzielącą nas barierę, postanowiłem nieco bliżej przysłuchać się owej produkcji.

Oczywistym jest, że owa kasetka nie ukazała się w Polsce. Wydawcą jest znana już baskijska wytwórnia Gorra Hierriak Esan Ozenki Records, promująca głownie twórców spoza Kraju Basków. Tym razem mamy do czynienia prawdopodobnie z międzynarodowym składem, lansującym jak najbardziej międzynarodowe przesłanie. W Polsce kasetę można nabyć w dużych sklepach muzycznych (pewien znajomy socjalista wspomniał mi, że w pewnym mega store muza ta leci prawie non stop), lub u dystrybutorów niezależnych ponieważ firma Antena Krzyku ma w swej dystrybucji produkty owej wytworni.

Co więc tu mamy? Jak już wspomniałem muzyka jest międzynarodowa. W muzyczno-rewolucyjnej podróży odwiedzamy więc Francję, Włochy, Hiszpanię, Meksyk, Nikaraguę jak i któryś z krajów arabskich (bo i w takim języku jest jedna piosenka). Cały repertuar zagrany jest z wielką pasją i zaangażowaniem, słuchając każdego utworu ma się wrażenie, że wykonawcy śpiewają nie po to by nagrać płytę, lecz po to by sobie pośpiewać, bawić się przy tym ale i uczcić poprzez śpiew pamięć o tych co walczyli za sprawę. Praktycznie prawie cały repertuar mógłby być jednym wielkim przebojem, piosenki są w dużej większości skoczne i wesołe, melodie łatwo wpadające w ucho, bo to przecież znane numery w stylu „La Cucaracha”, „Bela Ciao”, „Bandiera Rossa” czy „El Paso del Ebro” (utwór znany też pod tytułem „Ay Carmela!” i choć w pierwowzorze nieco melancholijny to tu zagrany z dużą werwą). Poza tym wszystko zagrane jest z południowym temperamentem więc ktoś kto lubi latynoskie rytmy czy andyjski folk też znajdzie tu coś dla siebie. Nawet utwory te bardziej wolniejsze mają swój klimat w który można się szybko wczuć.

Jeśli chodzi o tematykę poszczególnych kawałków, to ciężko jest to określić komuś kto nie zna języków południowych (całość jest po włosku, hiszpańsku, francusku i arabsku). Mimo bariery językowej można domyśleć się o co chodzi, a chodzi głównie o klimaty rewolucyjne. Mamy więc piosenki o tym , jak to walczono z frankistami, o „idolu” rewolucjonistów Ch Guevarze, rewolucji pod czerwonym sztandarem, walce narodu nikaraguańskiego itp.

Jako anarchista odrzucam proponowane przez lewaków rozwiązania i metody walki, jednak mimo wszystko jestem w stanie przełamać się jeśli chodzi o sferę kulturalną (oczywiści nie chodzi mi tu o kulturę w stylu socrealistycznym, a tą bardziej autentyczną, wywodzącą się od prostych ludzi) i z miłą chęcią słuchać muzyki przeznaczonej dla lewackiego słuchacza. Innym może się to wydać nieco dziwne, dla mnie jest to normalne. Dlatego też polecić mogę tą kasetkę wszystkim tym, którym nie będą przeszkadzać chwalebne słowa o „comendante Che Guevara” czy powiewającej czerwonej fladze...

^do góry^

 

Janusz Reichel "Autozdrada"
Pasażer 2001


No i mamy nową propozycję jednego z najbardziej autentycznych twórców obracających się w ramach tzw. sceny niezależnej. Janusza Reichla przedstawiać chyba nie trzeba, wydanych jak dotąd kilka kaset i płyta CD chyba dość dobrze zakorzeniła już to nazwisko w słuchaczu z rodzimych klimatów niezależnych jak i środowisk ekologicznych, w których Janusz jest ciągle aktywny. Reichel jest też czymś wyjątkowym na owej scenie, jak i czymś wykraczającym poza jej unormowane obszary. Piosenki Janusza od lat wciągały i dawały dużo do przemyślenia, dlatego też należą się duże brawa dla firmy PASAŻER za to, iż mimo mało popularnego gatunku muzycznego wykonywanego przez Janusza, nadal wydaje ona produkcje jedynego chyba barda z okolic owego getta.

Nowa kaseta JR, odstępuje jednak trochę od poprzednich jego tworów. Dlaczego? Może to trochę zdziwić kogoś osłuchanego w twórczości JR, ale mamy tu, obok typowych dla tego rodzaju muzyki kompozycji gitarowych, również wątek elektroniczny. Sam Janusz twierdzi, że „Współpraca z enafem (postacią odpowiedzialną za elektronikę na kasecie) pozwoliła na usunięcie z części piosenek moich nieudolnych partii gitarowych”. Mi jakoś trudno się z tym zgodzić, nigdy tej nieudolności nie zauważałem w kompozycjach Reichla, ale każdy może przecież mieć swoje zdanie. Owa elektronika wzbogaciła co prawda muzykę, ale mogło się równie dobrze obejść bez niej. Nie wnikajmy jednak w muzykę JR, ona jest jedynie dodatkiem do przekazu jaki emanuje z owej kasety, a właśnie temu przekazowi warto poświęcić nieco więcej miejsca.

Całościowo, można określić ten przekaz jako skrupulatną krytykę współczesnej cywilizacji, poprzez wyszczególnienie poszczególnych negatywnych zjawisk jakie można zaobserwować w dzisiejszym świecie. JR rozprawia się więc w swych piosenkach z lobby autostradowym, które lansuje swe rozwiązania tylko i wyłącznie dzięki poparciu państwa („Autozdrada”), inna rzeczą jest pokazanie głupoty społeczeństwa jaka uaktywnia się szczególnie w okresie wyborów („Popieraj Jaśka Malarza”), jak i to, że mimo zaliczania się do jakiejś mniejszości, wszyscy jesteśmy i tak większości, większością rządzoną przez państwo („Należę do partii”). W bardzo ciekawy sposób JR przedstawił nam również problemy kulturowe w dzisiejszym świecie, pokazując jak czymś bezmyślnym może być imperializm językowy („Lekcja angielskiego”), jak reklamy potrafią manipulować ludzkim życiem, rządzić uczuciami, kreować widok człowieka („Świat pięknych ludzi”). Jeszcze jednym przykładem upadku kulturowego jest piosenka „INDIEpendent”, ukazująca czym są mody, i nie chodzi tu wyłącznie o modę na Wschód opisaną akurat w tej piosence, można odnieść to również do każdej innej fascynacji czymś nowym i świeżym. Problem upadku kultury dotyczy już nie tylko świata pop kultury, powoli również dotyczy to środowisk niezależnych, co Reichel ukazał opisem Anarchistycznej Spółdzielni Mieszkaniowej i jej problemów z własnymi członkami („ASM”). Na mnie jednak największe wrażenie zrobił tekst do utworu „*** (zalany Olimp)...”, będący chyba zapisem podróży do kolebki zachodniej cywilizacji, Grecji. Janusz opisując owa podróż, zadaje nam pytanie: „kto tu posprząta?”. Kto posprząta góry śmieci walające się po ulicach, kto przewróci normalność wśród ludzi, kto przywróci równowagę w przyrodzie, kto naprawi nasz świat, świat który sami systematycznie niszczymy? Jedynym chyba numerem wykraczającym tematycznie z całości, jest piosenka „Wiatr”, mi kojarząca się z wcześniejsza twórczością JR.

Nowa pozycja w dorobku JR, mimo nowych innowacji i swej „techniczności”, jest dla mnie najciekawszą rzeczą wydaną w tym roku na polskim rynku niezależnym. Polecić ją mogę każdemu, zarówno ludziom słuchającym pankrokowej sieczki, jak i miłośnikom nowych brzmień. Muzyka Reichla jest kojąca, jest doskonałym sposobem na uspokojenie i zastanowienie się nad tym , dokąd zmierzamy...

^do góry^

 

"Diego" film dok. Federica Goldberga

W niedługim czasie po ukazaniu się 14 numeru „Innego Świata”, gdzie duzo miejsca poświęcone było hiszpańskiej rewolucji z 1936 roku, kanał PLANETE wyemitował dokument produkcji hiszpańskiej pt. „Diego” (w Polsce emitowany niewiadomo dlaczego jako „Wspomnienie hiszpańskiego anarchisty”).

„Diego” to opowieść życia i walki hiszpańskiego anarchisty Diego Camacho, szerzej znanego jako Able Paz, autor biograficznej książki o Buanaventurze Durrutim jak i kilku innych książek opisujących hiszpański anarchizm jak i anarchistyczna rewolucję w latach wojny domowej. Goldberg w dość ciekawy sposób przedstawił cała historię, gdzie głównie chodziło o ukazanie osobistego zaangażowania głównego bohatera, a w mniejszym stopniu przedstawienie tego co działo się 65 lat temu w Hiszpanii. Dlatego też, konwencja filmu ogranicza się do ukazywania zdjęć i komentarzy do nich samego bohatera, ze skąpymi fragmentami filmów dokumentalnych.

Diego Caumacho rewolucjonistą został dzięki swojej matce. Zniszczona kobieta na zdjęciach, w jego mniemaniu była urodzona rewolucjonistką, to ona właśnie zabierała go jako małego chłopca na wiece anarchistów, gdy miał lat 7 po raz pierwszy był w lokalu CNT. Wspomina on, że gdy wyszedł po 12 latach więzienia na wolność zabrał matkę na wczasy, a ona zdziwiona była, że ktoś jej przyniósł herbatę, ktoś jej usługiwał. Przez całe swe życie, kobieta tak usługiwała innym, los jej nigdy nie oszczędzał, Diego został wtedy jej ostatnim żyjącym synem. Zmarła w 1965 roku.

Gdy Diego miał 15 lat w Hiszpanii wybuchła wojna, ale to nie ona była dla niego ważna, ważniejsza była rewolucja która wywołana została rękoma anarchistów. „Najważniejszym momentem mojego życia była noc z 18 na 19 lipca 1936 roku, cała reszta była tylko konsekwencję tego czego wówczas doznałem w sposób niezwykle intensywny” – mówi Diego. „Tej nocy decydowały się losy ludu, a ja w sposób naturalny czułem się częścią tego ludu”, dodaje później. Dwa lata wcześniej wraz z dwoma przyjaciółmi zakłada anarchistyczna grupę „Don Kichoci Ideałów”, wchodzącą w skład Federacji Młodych Anarchistów. Wspomina wtedy słowa, że „w czasie rewolucji karły stają się olbrzymami”, i takimi olbrzymami właśnie stawali się młodzi anarchiści.

Diego, w sposób entuzjastyczny opisuje gorący moment uzbrojenia robotników, moment który na zawsze pozostał w jego pamięci. Inną rzeczą są barykady, które powstają na ulicach ówczesnej Barcelony jak grzyby po deszczu. Według niego, w takich momentach lub samoczynnie buduje barykady, mogą one być kiepskiej jakości, mogą być nieużyteczne militarnie, to nie ważne, ważna jest potrzeba chwili, potrzeba stawienia oporu i zrealizowaniem tej potrzeby są właśnie rosnące barykady. W samej Dzielnicy Łacińskiej było 119 barykad, ile w całej Barcelonie? Chyba nikt tego nie liczył. Inna opisana rzeczą z początków rewolucji, był przypadek obrabowania przez anarchistów banku. Anarchiści zrabowane pieniądze wyrzucili na jednym z placów Barcelony i podpalili, jeden z nich powiedział, że „pieniądze to nasze przekleństwo, byliśmy biedni bo nie mieliśmy pieniędzy, jeśli nie będzie pieniędzy, wszyscy będziemy bogaci”. Dla Diego Camacho oznaka nowego porządku nie był wcale rząd republikański, dla niego były to darmowe jadłodajnie utworzone w eleganckich restauracjach i hotelach, było uruchomienie transportu publicznego w dwa dni po przewrocie, było przejęcie przez samych robotników kontroli nad fabrykami i uruchomienie produkcji.

Bardzo ciekawą anegdotę opowiedział Diego o swej babci, która była katoliczką, choć jak zaznaczył wierzyła w Boga a nie w klechy. Dom babci stał w cieniu miejscowego kościoła, w czasie pierwszych dni rewolucji proboszcz owego kościoła zabarykadował się w nim i strzelał do ludzi z wieży kościelnej. Po jakimś czasie udało się podpalić kościół który doszczętnie spłonął. Wydarzenie to spowodowało, że babcia Diega stała się rewolucjonistką. Powiedziała mu, że „w całej tej rewolucji jest wiele rzeczy które mi się nie podobają, nie podoba mi się, że ludzie noszą broń, że się nawzajem mordują, ale jedno mi się podoba, że zburzono kościół i teraz słońce wpada mi do domu”.

Dokument zawiera w sobie jeszcze kilka podobnych historii z czasów rewolucyjnych przemian w Hiszpanii. Nie sposób je wszystkie opisać, zajęło by to zbyt wiele miejsca, dlatego też idźmy dalej.

Wraz z coraz większymi porażkami na froncie, wiara i entuzjazm gaśnie w sercach anarchistów. Wojna daje siwe znaki młodym rewolucjonistom, „wojna to barbarzyństwo, nawet wojna rewolucyjna”, wspomina Diego. W czasie ucieczki w stronę granicy francuskiej tysiące ludzi nękanych jest przez ostrzał frankistowskich samolotów, ginie wielu cywilów. W końcu jednak otwierają się granice i Diego wraz z wielo innymi anarchistami trafia do jednego z obozów utworzonych dla hiszpańskich uciekinierów. Początkowo, obóz ten był tylko ogrodzonym drutem kolczastym terenem, bez żadnych baraków czy namiotów, później warunki się polepszają choć nadal jest ciężko i trudno. Diego wspomina, iż w obozie było również wielu złodziei, bandytów i prostytutek, nie było za to żadnej kontroli wewnętrznej, żandarmi francuscy bali wchodzić się do obozu. Mimo tego, nie było przestępstw! Ludzie, mimo iż byli w wielkiej biedzie dzielili się między sobą i panowała międzyludzka solidarność. Dzięki niej ludzie potrafili zachowywać się prawo i sprawiedliwie. Natomiast gdy zaczęto psioczyć na Francuzów, że gnębią uchodźców, Diego przemówił do ludzi, przypominając im, że anarchiści w Hiszpanii uderzyli w rząd i własność kapitału więc nie maja się czemu dziwić, że teraz są tak traktowani przez rząd Francji, a lud francuski nie ma z tym nic wspólnego.

Warto wspomnieć jeszcze jedne słowa Diega: „Z tych zdjęć bije jakaś prawdziwa radość. W oczach tych ludzi widać marzenia i poezję. Promieniuje w ich wiara we własne siły, widać, że ci ludzie byli przekonani o słuszności tego co robili”. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na stare pożółkłe fotografie przedstawiające młodych i starych, kobiety i mężczyzn, sceny smutku i radości. Ludzie ci mieli swój czas, czas który był zerwaniem z ich epoką i tworzeniem własnej rzeczywistości, tworzeniem własnego czasu. Później im to zabrano, alt to doświadczenie pozostało już w ich życiu na zawsze.

Dziś, gdy zdecydowana większość uczestników hiszpańskiej rewolucji już nie żyje, pozostają nam tylko wspomnienia tych, co mieli okazję przeżyć wspaniałe chwili w gorącym okresie lata 1936 roku. Takim wspomnieniem jest też ten film, doskonale dokumentujący to, co chcieli oni przekazać przyszłym pokoleniom.

^do góry^ 

 

<< powrót