Praca w cieniu bezprawia


„Kurier Lubelski” z dn. 5. października 2001. Autor: Krzysztof Stankiewicz, tytuł: Kryzys sięgnął budownictwa. „ Co trzeci pracownik Lubelskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego, czyli popularnej Przemysłówki, pożegnał się w ciągu ostatniego roku z pracą lub też zrobi to do końca listopada. Ta świetnie prosperująca do niedawna spółka w czerwcu ub. roku zatrudniała ponad 450 osób. Dziś pracuje w niej 340, a w końcu listopada pracować będzie tylko 300 osób.”

Na tekst o „Przemysłówce” w oficjalnej prasie czekaliśmy od roku. Nie na taki jednak.

I obieg nie może lub nie chce ukazywać świata, jakim jest. Niech tedy nie dziwi się, że rolę nośnika informacji przejmuje coraz częściej obieg III. Oto próba nakreślenia przyczyn upadku dobrej niegdyś firmy i sytuacji, w jakiej znajdują się tysiące polskich robotników, których nie potrzebuje ani własny kraj, ani tym bardziej Zjednoczona Jewropa.

01.
Szczyt budowlanej chwały „Przemysłówki”, przeciętnej przedtem państwowej firmy, przypadł na II połowę lat 70-tych. LPBP otrzymało wówczas gigantyczne zamówienie – stało się głównym wykonawcą budowy Lubelskiego Zagłębia Węglowego i jego zaplecza: malutkiego wówczas miasteczka Łęczna.

Marnotrawstwu i złodziejstwu nikt nie zapobiegał, przedsiębiorstwo kwitło, a braki kadrowe sztukowano pracą więźniów. Trudno w to uwierzyć – 25 lat temu brakowało w kraju rąk do pracy. Apetyt na lubelski węgiel ostudziło najpierw zalanie kopalni w Stefanowie, potem coraz trudniejsza sytuacja Polski po stanie wojennym, wreszcie powstanie Poleskiego Parku Narodowego ( maj’90), co przyniosło protesty ekologów – głównie Stowarzyszenia Ochrony Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego i Polskiej Partii Zielonych.

W zmienionej sytuacji ekonomicznej źle czuł się długoletni dyrektor firmy, inż. Grodecki, którego zastąpił w początku lat 90-tych inż. Boniuk, doświadczony i dynamiczny fachowiec. Ten nie bał się dekoncentracji frontu budów, bał się tylko braku zleceń. Budował Lublin, Świdnik czy Kraśnik, nie zwalniając ludzi, dotrzymując terminów. W chwili, gdy przedsiębiorstwo startowało w przetargu na budowę Giełdy Rolno-Spożywczej w Elizówce (tuż poza granicami administracyjnymi Lublina) i miało prawie zapewnioną współpracę z wchodzącym do FSC koncernem Daewoo, zakładowa organizacja „Solidarności” rozpoczęła strajk.

W tym czasie na lokalnym rynku pojawiły się w wyniku przekształceń własnościowych, którym patronował niestety lublinianin min. Lewandowski, nowe budowlane giganty „Montex” i „Faelbud”, oba związane z lewicą. Za „Przemysłówką” nie stał nikt. Po budowach szemrano głośno o powiązaniach między SLD a „Solidarnością” LPBP. Tak czy inaczej strajk był nowym firmom jedynie na rękę. „Przemysłówka” straciła szanse w przetargach, jako niewiarygodna. Dotychczasowi zleceniodawcy również zrywali umowy. Inż. Boniuk opanował sytuację po kilku tygodniach, wysyłając rozsierdzonych związkowców na małe budowy, daleko od Lublina. Pozbawiony liderów strajk upadł, straty okazały się nie do odrobienia.

02.
W tej sytuacji rozpoczęto prywatyzowanie LPBP. Weszła ona w skład warszawskiej grupy Polimex-Cekop a (już wówczas prezesa) Boniuka zmienił inż. Targosz. Ten ostatni był wcześniej prezesem krakowskiego „Budostalu”, także wchłoniętego przez stołeczny koncern.

Polimex-Cekop zadbał, by prawnie obie firmy się połączyły.
Warunkiem kontraktu miało być doinwestowanie przez Polimex-Cekop „Przemysłówki”, co nie stało się nigdy. Z Lublina via Kraków pieniądze odpływały za to do Warszawy, powodując ok. 10 mln zł strat. Lubelski rynek pracy zaczął tym czasem poważnie odczuwać skutki gospodarczych koncepcji Unii Wolności, skazujących Ścianę Wschodnią na biedę i bezrobocie, byle tylko między Bugiem a Wisłą utworzyć strefę zaporową dla przybyszów z byłego ZSRR. Ten pas „ziemi niczyjej” dzielić miał Zjednoczoną Jewropę i nie chcianych przez Brukselę „kuzynów” z Białorusi czy Ukrainy. Polityka min. Skubiszewskiego zaowocowała już wcześniej odsunięciem na Białorusi prezydenta-Polaka, Stanisława Szuszkiewicza i wyborem znacznie mniej demokratycznego Łukaszenki. W imię cudzych, Unijnych interesów, straciliśmy szansę na normalne, sąsiedzkie stosunki z Mińskiem, który oczekiwał pomocy – nie lekceważenia.

Prezes Targosz, by móc transferować złotówki, musiał pożegnać się z Kodeksem Pracy. W budownictwie od lat pracuje się w nadgodzinach ( tego wymagają technologie i terminy), za nie jednak trzeba płacić. W dodatku na oficjalne nadgodziny zgody musi udzielić wojewoda a od płac trzeba odprowadzić podatki do Izby Skarbowej. Członkowie zarządu pobierali pensyjki, wynoszące ok. 20-krotności średnich zarobków w LPBP, te pieniądze trzeba było „zaoszczędzić”. Złotówek poszukano w zmianie systemu pracy. Nadgodziny – owszem. Tyle, że darmowe. Robotnik miał do wyboru – albo zwolnienie w trybie natychmiastowym, albo niewolniczą pracę bez jakiejkolwiek zapłaty. Na dodatek nigdy nie wiedział, kiedy wróci do domu, bo dopiero po właściwej zmianie kierownicy budów informowali, na ile godzin „trzeba” zostać. Podczas jednej z rozpraw w Sądzie Pracy świadkowie podawali różne liczby – od 2 do...12 godzin! Bywało, że zamiejscowi nocowali na budowach, by od rana wracać na swoje stanowiska.

Latem 2000 roku anonimowa (niestety) grupa pracowników „Przemysłówki” wystosowała list do wolnej (czyt. III-obiegowej) prasy, z kopiami do NIK-u, premiera Buzka, UOP-u itp.,itd. Kontrole przybyły, a że były wcześniej zapowiadane prezesowi Targoszowi to rzecz inna. W każdym razie przed każdymi „odwiedzinami” kierownicy budów dwoili się i troili, by w papierach i na placach panował ład. Trudno podejrzewać kontrolerów o telepatyczną łączność z zarządem LPBP, bo tylko taka nie jest przestępstwem czy, hm...wykroczeniem.

Prezes dalej był cacy a firma pracowała „zgodnie z prawem”. W dodatku zakładowa „S” popierała, wbrew swemu statutowi i obowiązkom, działania inż. Targosza, a jej przewodniczący wspólnie z prezesem kontrolował pracę na budowach.

Sytuacja nie byłaby możliwa, gdyby nie ciche przyzwolenie działaczy lokalnej „Solidarności”, tych z Regionu, Ratusza i Urzędu Wojewódzkiego. Czy w grę wchodziły układy towarzyskie ( inż. Targosz był bywalcem kasyna) czy finansowe – nikt już nie dojdzie. I pewnie dochodzić nie będzie.

Zimą 2000/2001 rozpoczęło się zgłaszanie pozwów do Sądu Pracy. Ludzie z „Przemysłówki” mieli dość. Żądali wypłaty setek nadgodzin, ludzkiego traktowania, zgodnych z prawem odpraw. Prezes Targosz odpowiedział zwolnieniami opornych czy powiązanych z wnoszącymi sprawy.

Robotnicy usiłowali zainteresować lokalną prasę, realnie trzy tytuły: „Dziennik Wschodni”( ex-„Sztandar Ludu”), „Kurier Lubelski” i bezpłatną tubylczą wkładkę do „Gazety Wyborczej”. Bezprawie I obiegu nie obchodziło.

Prezes Targosz odszedł z firmy cichcem, nieoficjalnie, w czerwcu 2001. Swemu równie nieoficjalnemu następcy, inż. Langnerowi zostawił długi i niewiarygodność kredytową. Hurtownie przestały wydawać materiały „na kreskę”, nie ma mowy o przedłużonych terminach spłat. Kiedy to piszemy zaszły kolejne zmiany. Na pewno: w początku sierpnia zebrało się ok. 40 wierzycieli „Przemysłówki” i doszło z nią do ugody na okres 2 miesięcy. Potem albo renegocjacje – albo wniosek o upadłość.

Być może: bo to kolejna cicha wieść z zarządu, jest kolejny po p. Langnerze p.o. prezesa. W dodatku ma on na sumieniu rozłożenie na łopatki „Lubmeatu” ( Lubelskie Zakłady Przemysłu Mięsnego). Czyżby wobec niemożności sprzedaży Prokuraturze budynku dyrekcji przy ul. M.C. Skłodowskiej ( co podobno było głównym powodem przejęcia LPBP przez warszawiaków, budynek w city Koziego Grodu wart więcej niż zaplecze firmy) Polimex-Cekop postawił na „Przemysłówce” krzyżyk?

Tego wszystkiego NIE NAPISAŁ dziennikarz wielkonakładowego „Kuriera Lubelskiego”. Może nie wiedział, może...

Jedno jest PEWNE: prezes Targosz zniknął z budynku dyrekcji dopiero wówczas, gdy lubelski Sąd Pracy miał już WIELE pozwów przeciw LPBP. Jeden czy kilku zdesperowanych pracowników nie znaczy zbyt dużo. Dopiero skala masowa powoduje zmiany w myśleniu polskich kapitalistów (ot, mentalny spadek po peerelu). Nie trzeba też prawników, wystarczy poczytać Kodeks Pracy i znaleźć kogoś, kto umie pisać stylem urzędowym. W Sądach Pracy adwokaci są źle widziani – jeśli stać kogoś na adwokata, to czemu żąda jakichś nadgodzin? To opinia specjalisty od Prawa Pracy, radzimy brać ją pod uwagę.

A najważniejsze jest przełamanie bariery własnego strachu. Przed naganą, zwolnieniem, głodem... Tak, czy inaczej jakieś prawo jeszcze w III RP obowiązuje. Na razie polskie, nie jewropejskie. I trzeba tę szansę wykorzystać.


   Lech "Lele" Przychodzki
  Edward "Lu" Soroka



<< powrót