Perspektywy pokoju na bliskim wschodzie


Dziękuję wam wszystkim. Jestem naprawdę zachwycony tym, iż mogę mieć zaszczyt otwarcia serii wykładów Maryse Mikhail. Żałuję, że nie mogę zrobić tego w sposób bardziej oficjalny, byłoby to jednak mało prawdziwe. Czymś bardziej realistycznym byłoby zastosowanie się do sławnego powiedzenia, które zaleca pesymizm intelektu i optymizmu woli.

Zanim przystąpię do omówienia naszego tematu, pozwolę sobie uczynić kilka wstępnych uwag.

Po pierwsze odwołam się tutaj do tytułu wykładów. Pokój jest lepszy od wojny. Nie stanowi on jednak absolutnej wartości. Ponieważ zawsze możemy zapytać: „jaki pokój?”. Gdyby Hitler podbił cały świat, zapanowałby pokój, lecz z pewnością nie taki, jakim byśmy chcieli go widzieć.

Po drugie, jeśli chodzi o nasze szczegółowe zagadnienie: Perspektywy pokoju na Bliskim Wschodzie, należy zauważyć, że wiąże się ono z wieloma problemami. Bliski Wschód jest areną wielu wciąż trwających konfliktów. O trzech coś powiem. Jednym z nich jest konflikt palestyńsko-izraelski. Drugim Irak, bombardowania i sankcje nań nałożone. Trzecim Turcja i Kurdowie. Mamy tutaj do czynienia z jednym z największych przypadków łamania praw człowieka w latach 90-tych, trwających faktycznie aż po dzień dzisiejszy. Jest jeszcze wiele innych spraw. Np. kwestia miejsca Iranu w regionie. I wszędzie gdzie spojrzymy, praktycznie bez wyjątku, do czynienia mamy z nieludzkimi represjami, łamaniem praw człowieka i innymi okropnościami. Pytanie o pokój na Bliskim Wschodzie ma wiele aspektów.

Trzecią i ostatnią kwestią jest fakt, iż rola USA jest nie tylko znacząca, ale i bardzo często rozstrzygająca we wszystkich tych przypadkach. W szczególności zaś w tych powyżej przeze mnie wymienionych. Co więcej, jakkolwiek istotna ona mogłaby być, powinna stanowić z oczywistych powodów centrum naszego zainteresowania. Jest to czynnik na który możemy bezpośrednio wpływać. Nad innymi kwestiami możemy ubolewać, lecz nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Jest to truizm lub powinien nim być. Należy jednak to podkreślić. Prawie zawsze bowiem powszechnie się go odrzuca. Według dominującego światopoglądu powinniśmy skupić się jedynie na zbrodniach popełnionych przez innych, lamentować nad nimi, a swoim własnym zaprzeczać lub je ignorować, albo też ujmując to dokładniej, powinniśmy tak ustrukturyzować sposób naszego postrzegania rzeczy, aby uniknąć możliwości spojrzenia w lustro. Tak ukształtować dyskurs, aby problem naszej odpowiedzialności nie mógł się nawet pojawić, lub inaczej, mógł pojawić się jedynie w odpowiednim kontekście tego, jak powinniśmy reagować na zbrodnie innych. Jeśli chodzi o przykłady, jest w tej materii wiele literatury, a w ostatnich latach mamy nawet do czynienia z jej zalewem, zarówno popularyzatorskiej, jak i naukowej dotyczącej tzw. „dylematów humanitarnej interwencji”, w sytuacji gdy to inni, jak to często się zdarza, popełniają zbrodnie. Jednak z trudem znajdziecie choć słowo o innej, o wiele ważniejszej kwestii, o dylematach zaprzestania brania udziału w znaczących zbrodniach. Faktycznie nie mamy tutaj do czynienia z dylematami, jest jedynie okno, które musi być ściśle zasłonięte, tak, aby nic nieprzyjemnego i na co nie jesteśmy przygotowani, nie pojawiło się przed nami.

Problem tego jak dokładnie przebiega unikanie stawiania tego rodzaju pytań jest interesujący i ważny. Pomimo tego, że dużo jest na ten temat do powiedzenia, niechętnie go tutaj pomijam i skoncentruję się na tym, co jest przedmiotem naszych rozważań, szkicując jedynie w tle to, co można uznać za pewnego rodzaju ostrzeżenie. Powinienem jeszcze dodać, iż taka haniebna postawa nie jest pod żadnym względem czymś nowym, w rzeczywistości jest kulturowo uniwersalna. Myślę, że ciężko byśmy się napracowali, aby udało nam się znaleźć jakiś przypadek w historii lub w teraźniejszości, gdzie motyw ten nie byłby dominujący. Nie jest to atrakcyjna cecha homo sapiens, lecz z pewnością bardzo rzeczywista.

Zacznijmy od przykładów będących w zasięgu naszej ręki. Irak. Jedynym poważnym pytaniem jakie można postawić w sprawie sankcji jest to czy mamy do czynienia z przerażającą zbrodnią, czy też ze zwykłym ludobójstwem.Zarzut ludobójstwa został podniesiony przez tych, którzy najlepiej są zorientowani w całej sytuacji. W szczególności mam tu na myśli koordynatora programu Narodów Zjednoczonych Denisa Halliday’a, wysoce cenionego urzędnika NZ, który zrezygnował ze swojej posady, tak jak jego następca Hans von Sponeck, w proteście przeciwko zmuszaniu go do, jak to sam określił, popełniania „aktów ludobójstwa”. Panuje zgoda co do tego, iż efektem sankcji jest wzmocnienie rządów Saddama Hussejna i wyniszczanie ludności Iraku. A jednak wiedząc o tym musimy to kontynuować. Nie ma większej niezgody co do tego, że takie są właśnie konsekwencje sankcji.

Oferuje nam się kilka zasługujących na uwagę usprawiedliwień tego faktu. Mówią one bowiem, jak sądzę, wiele o nas. Najprostszy sposób argumentacji przedstawiła Sekretarz Stanu Madeleine Albright. Przypominacie sobie z pewnością to, jak kilka lat temu została zapytana przez ogólnokrajową telewizję, jak się czuje zabiwszy pół miliona irackich dzieci. Nie zaprzeczyła zarzutowi dotyczącemu faktów. Zgodziła się, iż była to, używając jej słów, „wysoka cena”, lecz dodała: „sądzimy, iż warto było”. Koniec dyskusji. Jest to ważny fakt, a spojrzenie na reakcję jest czymś oświecającym. Komentarz jest jej, reakcja jest nasza. Patrząc na sposób w jaki reagujemy, dowiadujemy się czegoś o sobie.

Drugi powszechnie przedstawiany argument mówi, iż wszystko to jest winą Saddama Hussejna. Logika tego argumentu jest intrygująca. Przypuśćmy, że jest on prawdziwy: wszystko to wina Saddama Hussejna. Konsekwencją tej tezy jest więc fakt, iż musimy go popierać w niszczeniu cywilnej ludności i w umacnianiu swej władzy. Zauważmy, że jest to logiczna konsekwencja stwierdzenia, że to wszystko to jego wina i że pomimo tego musimy mu ciągle pomagać.

Trzeci argument mówiący że Saddam Hussejn jest potworem, ma przynajmniej coś z prawdy. Rzeczywiście jeśli posłuchamy Tony Blaira, Billa Clintona, Madeleine Albright czy kogokolwiek wypowiadającego się w tej kwestii, to zobaczymy, iż wszyscy oni usprawiedliwiają sankcje wciąż powtarzając, że ten człowiek jest takim potworem, że nie możemy pozwolić na to, aby przetrwał. Jest winny największej zbrodni, mianowicie użycia broni masowej zagłady przeciwko swoim ludziom, kiedy to użył gazu bojowego przeciwko Kurdom. Wszystko to prawda. Brakuje jednak trzech słów. Prawda, popełnił straszliwą zbrodnię, użył trującego gazu i środków chemicznych przeciwko swojej ludności, jednak Z NASZYM POPARCIEM. Nasze poparcie w rzeczy samej ciągle trwało. Pozostawał faworyzowanym przyjacielem, partnerem handlowym i sojusznikiem, całkowicie niezależnie od tych wszystkich zbrodni, które najwyraźniej nie zajmowały nas zbytnio, jak wskazywała na to nasza reakcja. Nasze poparcie trwało, a nawet w rzeczywistości wzrastało. Można by było przeprowadzić interesujący eksperyment. Spróbować zobaczyć czy uda nam się znaleźć miejsce w dyskusji głównego nurtu, gdzie te trzy słowa są dodane. Pozostawię przeprowadzenie tego eksperymentu czytelnikom. Może on nas o czymś pouczyć. Mogę jednak natychmiast podać wam odpowiedź – nie znajdziecie tych słów. I powie nam to coś o nas samych a także o samej dyskusji.

To samo jest także przypadkowo prawdą w odniesieniu do broni masowego niszczenia. Powszechnie się twierdzi, iż nie możemy pozwolić mu na przetrwanie z racji zagrożenia bronią masowego niszczenia, którą prawdopodobnie produkuje. Wszystko to prawda, z wyjątkiem faktu, że było to prawdą także wtedy, gdy świadomie dostarczaliśmy mu środków pozwalających na rozwój tej broni, w czasie gdy był o wiele większym zagrożeniem, niż jest dzisiaj. I to stawia pytania o sposób prowadzenia dyskusji.

Czwarty argument mówi, że Saddam Hussejn jest zagrożeniem dla państw regionu. Bez wątpienia jest zagrożeniem dla każdego w swoim zasięgu, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy popełniał swoje najgorsze zbrodnie z poparciem i udziałem USA. Faktem jednak jest też to, iż jego zasięg jest dzisiaj o wiele mniejszy niż był wcześniej. Także postawa państw regionu wobec np. ostatnich bombardowań USA(1), pokazuje raczej jasno, co myślą o tego typu argumentacji.

W porządku, wyczerpałem, o ile wiem, wszystkie przedstawiane nam argumenty. Pociągają one za sobą wniosek mówiący, że musimy kontynuować torturowanie ludności i umacniać Saddama Hussejna poprzez nakładanie ostrych sankcji. Wszystko to stawia przed uczciwymi obywatelami dwa zadania. Po pierwsze zrobić coś z tym. Drugie zadanie ma natomiast charakter intelektualny. Należy starać się poznać rzeczywiste motywy, najprawdopodobniej nie są one bowiem tymi, o których się powszechnie mówi.

Jeszcze kilka słów na marginesie. Nie chcę bagatelizować zagrożenia. Jest bowiem wiele powodów do tego, aby martwić się zagrożeniem jakie stanowi Irak i Saddam Hussejn. To że było one poważniejsze w czasie, gdy pomagaliśmy mu je stworzyć, nie zmienia faktu, iż nie jest ono bez znaczenia i dzisiaj. A mówiąc ogólniej, są powody do zmartwienia. Istnieje zagrożenie wybuchem przemocy i zniszczeniami w regionie. I nie jest to tylko moja opinia. Podkreślał to na przykład generał Lee Butler, były szef Dowództwa Strategicznego (the Strategic Command) za prezydentury Clintona. To najważniejsza wojskowa instytucja zajmująca się strategią nuklearną i użyciem broni atomowej. Generał Butler powiedział, że „największym niebezpieczeństwem, w tym kotle animozji, jakim jest Bliski Wschód, jest to, że jeden naród uzbroił się rzekomo w wielkie zapasy broni atomowej, być może liczonej w setkach oraz to, że inspiruje to inne narody do czynienia tego samego” lub rozwinięcia innych broni masowego niszczenia jako środka odstraszającego, co oczywiście może prowadzić do złowrogich konsekwencji. Bez wątpienia generał Butler ma w tym względzie rację. W rzeczywistości zagrożenie to staje się o wiele poważniejsze, kiedy dodamy coś jeszcze, mianowicie to, że supermocarstwo będące patronem tego narodu domaga się, aby postrzegać je jako „irracjonalne i mściwe” oraz gotowe do użycia radykalnych środków, jeśli tylko zostanie sprowokowane, włączając w to pierwszeństwo użycia broni atomowej przeciwko państwom jej nie posiadającym. Cytuję tutaj wysokiej rangi dokumenty administracji Clintona, plany, które zostały później wprowadzone w życie przez prezydenckie dyrektywy. Wszystko to jest dostępne w państwowych archiwach, jeśli tylko ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś o nas i o tym dlaczego świat tak bardzo się nas obawia.

W rzeczywistości świat to rozumie, tak jak to rozumieją i piszą o tym analitycy strategiczni. Inni zmuszeni są do odpowiedzenia swoją własną bronią masowego niszczenia, będącą środkiem odstraszającym. Amerykański wywiad oraz analitycy strategiczni rozpoznali te perspektywy. Są całkowicie jasne. Tak jak jest jasne to, że programy które obecnie są realizowane stanowią zagrożenie dla ludzkiego przetrwania. Na przykład Narodowy System Obrony Przeciwrakietowej, który niemalże każdy kraj na świecie traktuje jako broń pierwszego uderzenia. Całkiem realistycznie. Zatem odpowiedzią potencjalnych przeciwników będzie rozwinięcie tego lub innego rodzaju środków odstraszających. Dla amerykańskiego wywiadu i analityków strategicznych jest to pewnik. Powstaje pytanie dlaczego tak nam zależy na realizacji polityki, która stanowi zagrożenie dla naszego przetrwania i innych. To jeszcze jedno pytanie, które można by zadać. Wracając na Bliski Wschód, stanowi to podstawowe zagrożenie w tym rejonie. Z pewnością nie jedyne, lecz jedno z największych.

Warto wspomnieć, że w 1990 i 1991, w przededniu wojny w Zatoce, problemy te również się pojawiły. Podniósł je Irak. Na kilka dni przed rozpoczęciem wojny w Zatoce, Irak po raz kolejny zaoferował, a uczynił najprawdopodobniej kilka takich propozycji, wycofanie się z Kuwejtu, w zamian za rozwiązanie kilku strategicznych problemów tego regionu, m.in. wprowadzenia zakazu produkcji broni masowego niszczenia. Propozycję tę eksperci od spraw Bliskiego Wschodu Departamentu Stanu uznali za „poważną” i „do uzgodnienia”. Niezależnie od tego również dwie trzecie Amerykanów, wg sondaży przeprowadzonych na kilka dni przed rozpoczęciem wojny, uznała tę propozycję za poważną. Nie wiemy, czy owe irackie propozycje były rzeczywiście „poważne” i „do uzgodnienia”, jak na to wskazywali urzędnicy Departamentu Stanu. Powodem dla którego tego nie wiemy jest fakt, że zostały one od ręki odrzucone przez Stany Zjednoczone. Zostały one przez media niemalże ze stuprocentową skutecznością przemilczane. Było tu i ówdzie kilka przecieków. Sprawa ta skutecznie została wymazana z historii. Tak więc nie wiemy jak to było. Jednakże kwestie te ciągle pozostają bardzo żywe, jak powiedział generał Butler, i pozostaną żywe, nawet jeśli zostały wyrugowane z polityki oraz publicznej dyskusji. I znowu jest to wybór, jakiego możemy dokonać. Nie musimy się godzić na to.

Dobrze, zajmijmy się drugą sprawą – Turcją i Kurdami. Przez całą historię nowożytnego państwa Tureckiego Kurdowie byli okropnie represjonowani. Wszystko jednak zmieniło się w 1984 roku. W tymże roku rząd turecki zapoczątkował wojnę na południowym wschodzie przeciwko ludności kurdyjskiej, która faktycznie trwa po dzień dzisiejszy.

Spójrzmy na wojskową pomoc USA dla Turcji, co zazwyczaj jest całkiem dobrym wskaźnikiem prowadzonej polityki. Oczywiście Turcja była strategicznym sojusznikiem USA, tak więc owa pomoc była zawsze znaczna. Lecz w roku 1984, w roku rozpoczęcia antypowstańczej wojny zdecydowanie wzrosła. Jest jasne, że nic to nie miało wspólnego z Zimną Wojną. Było to konsekwencją rozpoczętej właśnie wojny przeciwko powstańcom. Pomoc pozostawała wysoka, osiągając swoje maksimum w latach 90-tych, kiedy to i zbrodnie rosły. Szczytowym rokiem był rok 1997. Faktycznie tylko w jednym roku 1997 amerykańska pomoc wojskowa dla Turcji była większa niż w całym okresie 1950 – 1983, kiedy to mieliśmy do czynienia z rzekomymi problemami Zimnej Wojny. Końcowy rezultat był przerażający: dziesiątki tysięcy zabitych, od dwóch do trzech milionów uchodźców, masowe czystki etniczne, ok. 3500 zniszczonych wiosek – liczby siedem razy wyższe niż w Kosowie podczas interwencji NATO i nikt w tym wypadku nie bombardował. Z wyjątkiem tureckich samolotów sił powietrznych, wysłanych przez Clintona z pełną świadomością tego, jak będą użyte.

Stany Zjednoczone dostarczyły ok. 80 % tureckiego uzbrojenia, głównie ciężkiego sprzętu. Ponieważ ani Wy, ani ja nie przeszkodziliśmy temu, a byliśmy jedynymi, którzy zdolni byli to zrobić, administracja Clintona miała wolną rękę w przekazywaniu odrzutowców, czołgów, napalmu itd., które posłużyły do popełnienia najgorszych zbrodni w latach 90-tych. I ciągle służą. Regularnie przeprowadzane są operacje przeciwko Kurdom zarówno w południowo-wschodniej Turcji, jak i wzdłuż północnej granicy z Irakiem. Także w tzw. strefie zakazów lotów, która została ustanowiona przez Stany Zjednoczone po to, aby chronić Kurdów przed czasowo złym opresorem, mają miejsce pełne okrucieństwa ataki przeciwko nim. Operacje w północno-wschodnim Iraku mają podobny charakter do tych przeprowadzanych przez 22 lata przez Izrael w Libanie. Izrael okupował wtedy południowy Liban z pogwałceniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa, lecz przy zgodzie USA, wobec czego wszystko było OK. Podczas tego okresu zabito wg libańskich źródeł ok. 45 tysięcy ludzi, choć tak naprawdę nikt nie zna rzeczywistych liczb, ponieważ nikt nie liczy ofiar Stanów Zjednoczonych i ich przyjaciół. W każdym razie liczby niebanalne. Operacje w południowym Iraku mają podobny charakter.

Nie wchodząc w szczegóły – jak się z tym wszystkim radzi w USA? Bardzo prosto. Odpowiedzią jest milczenie. Możecie sprawdzić. Namawiam was do tego. Czasami problem ten podnoszą różni nieprzyjemni ludzie. I kiedy pytanie jest postawione i nie może zostać zignorowane, mamy do czynienia ze zgodną reakcją: samozwańczy obrońcy praw człowieka ubolewają nad tym, co nazywają „naszym niepowodzeniem w sprawie ochrony Kurdów” itd. W rzeczywistości „nie udaje nam się chronić Kurdów”, mniej więcej w ten sam sposób co Rosjanom „nie udaje się chronić Czeczeńców”. Twierdzi się też, że rząd amerykański nie był świadomy tego, co tam się dzieje. I tak więc gdy Clinton wysyłał do Turcji sprzęt wojskowy – w rzeczywistości Turcja w czasie tego okresu stała się czołowym odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej na świecie (co za chwilę dookreślę) – jego doradcy nie mieli pojęcia jak zostanie on użyty. Kiedy dostarczano 80% uzbrojenia tureckiej armii, a pomoc wzrastała wraz rozwojem działań wojennych, nie przyszło im na myśl, że zostanie ono użyte w trwającej wówczas wojnie i że dostawy broni się z nią zbiegają. Owym nieprzyjemnym ludziom, którzy podnoszą te problemy i sugerują co innego brakuje, jak twierdzą wyrafinowani komentatorzy, zrozumienia niuansów. Czasami też sugeruje się, że Stany Zjednoczone nie były w stanie zorientować się w sytuacji. Rzeczywiście jest to dość daleko. Któż by tam wiedział, co się dzieje w północno-wschodniej Turcji? Jest to teren z porozrzucanymi amerykańskimi bazami lotniczymi, gdzie USA ma samoloty uzbrojone w pociski atomowe i który jest pod ścisłą kontrolą. Lecz jakbyśmy mogli wiedzieć co się tam dzieje? I oczywiście nikt nie jest w stanie przeczytać raportów dotyczących praw człowieka ani innych studiów stale szczegółowo opisujących tamtejszą sytuację. Lecz to właśnie jest sposób w jaki reagujemy.

Wspomniałem, że podczas tego okresu Turcja stała się czołowym odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej na świecie. Nie jest to całkiem dokładnie powiedziane. Czołowi odbiorcy znajdują się w innej kategorii. Są nimi Izrael i Egipt. Zawsze byli czołowymi odbiorcami. Lecz nie biorąc ich pod uwagę, to Turcja zdobyła pierwsze miejsce podczas prowadzonej przez nią wojny antypartyzanckiej. Przez chwilę została pokonana przez Salwador, który w tym czasie dokonywał rzezi na swojej ludności i przesunął się na pierwsze miejsce. Lecz kiedy odniósł sukces, Turcja znów znalazła się na pierwszym miejscu. Trwało to, aż do roku 1999. Wtedy to właśnie na pierwszym miejscu Turcję zastąpiła Kolumbia. Kolumbia jest państwem o najgorszej sytuacji w dziedzinie praw człowieka w amerykańskiej hemisferze. I kiedy ta sytuacja się pogarszała, Kolumbia otrzymała znaczną ilość amerykańskiego szkolenia i pomocy – ok. połowę. Nawiasem mówiąc jest to nieprzypadkowa korelacja. Dlaczego w 1999 Kolumbia wyprzedziła Turcję? Nie sądzę byśmy byli skłonni zauważyć, że w roku 1999 Turcji udało się stłumić wewnętrzny opór, a Kolumbia jeszcze tego nie dokonała. I tak właśnie przypadkiem się złożyło, że był to rok w którym ilość broni dostarczanej Kolumbii wzrosła i dzięki temu Kolumbia wysunęła się na pierwsze miejsce. Oczywiście nie biorę tu pod uwagę dwóch stałych odbiorców.

Co jest szczególnie godne uwagi to to, o czym wszyscy prawdopodobnie wiecie. W ostatnich dwóch lub trzech latach mieliśmy do czynienia z prawdziwym, z tego co wiem zupełnie bez precedensu, wybuchem samozadowolenia. Jacy jesteśmy wspaniali. Po raz pierwszy w historii chętnie realizujemy politykę „zasad i wartości” w obronie prawa człowieka, szczególnie w kluczowych przypadkach. Używając słów prezydenta Clintona, nie możemy tolerować łamania praw człowieka tak blisko granic NATO, tak więc musimy wznieść się na szczyty wspaniałości, by walczyć z nimi. Ale i tu znów brakuje kilku słów. Najwidoczniej nie możemy tolerować przypadków łamania praw człowieka tuż przy granicach NATO, lecz nie tylko możemy je tolerować, lecz faktycznie zachęcamy i bierzemy w nich udział W GRANICACH NATO. Spróbujcie poszukać tych brakujących słów, nie znajdziecie ich i znów wam to coś powie.

Zajmijmy się trzecim przypadkiem – Izraelem i Palestyną. Zacznę od dnia dzisiejszego. Później wrócę do historii, lecz teraz zajmę się teraźniejszością. Spójrzmy na dzisiaj prowadzoną walkę zwaną Intifadą Al-Aksa i reakcję USA. Jest to problem, który najbardziej mnie zajmuje i najbardziej powinien nas zajmować.

Istnieje oficjalne stanowisko USA, niedawno po raz kolejny powtórzone przez amerykańskiego ambasadora Martina Indyka. Powiedział, że nie wierzymy w nagradzanie przemocy. To sroga nagana dla Palestyńczyków. Nie pierwsza i nie ostatnia. Łatwo oszacować ważność tego twierdzenia. Oceńmy je więc w najbardziej oczywisty sposób. Intifada Al-Aksa, ów przejaw przemocy, nad którym Indyk ubolewa, rozpoczęła się 29 września. Dzień wcześniej Ariel Szaron, obecnie premier Izraela, udał się na Haram Al-Sharif – Wzgórze Świątynne w obecności ok. tysiąca żołnierzy. Co zadziwiające, obyło się bez większych zajść. Następnego dnia w piątek, znaczna ilość wojska czekała na wychodzących po modlitwach z meczetu ludzi. Poleciały kamienie, a wojsko i Straż Graniczna natychmiast odpowiedziało ogniem. Ok. sześciu Palestyńczyków zostało zabitych, a ponad stu rannych. To 29 wrzesień. 1 października wojskowe helikoptery izraelskie, lub by być bardziej precyzyjnym amerykańskie helikoptery wojskowe z izraelskimi pilotami, gwałtownie przyczyniły się do eskalacji przemocy zabijając dwóch Palestyńczyków w Strefie Gazy. 2 października wojskowe helikoptery zabiły dalsze 10 osób i zraniły 35 również w Strefie Gazy. 3 października helikoptery zaatakowały bloki mieszkalne i inne cele cywilne. I tak to trwało. Aż do pierwszych dni listopada helikoptery używane były do przeprowadzenia zaplanowanych morderstw politycznych.

A jaka była reakcja USA? Reakcja Stanów Zjednoczonych jest interesująca. I pamiętajmy, możemy ją kontrolować, jeśli tylko będziemy chcieli. W połowie września, zanim jeszcze zaczęły się walki, Stany Zjednoczone wysłały do Izraela nowy transport nowoczesnych helikopterów bojowych. Także w połowie września odbyły się wspólne ćwiczenia amerykańskich marines i elitarnych jednostek izraelskiej armii – IDF. Ćwiczono rekonkwistę okupowanych terytoriów. Rolą Marines było dostarczenie nowoczesnego wyposażenia, którego Izrael nie posiadał oraz szkolenie w zakresie jego użycia. To była połowa września.

3 października, czyli w dniu którym prasa doniosła o atakach helikopterów wojskowych na bloki mieszkalne i śmierci dziesiątek ludzi, izraelska prasa, za którą powtarzała to potem prasa światowa, doniosła że Izrael i Stany Zjednoczone ubiły interes, największy w tej dekadzie, dotyczący wysyłki amerykańskich helikopterów wojskowych do Izraela. Następnego dnia czołowe wojskowe magazyny zauważyły, że interes ten objął przekazanie nowoczesnych helikopterów bojowych oraz części dla starych, co znacznie usprawniło przeprowadzanie ataków na cele cywilne. Przypadkowo izraelski minister obrony przyznał, że Izrael nie może produkować helikopterów. Nie musi, bo dostaje je od USA. 19 października Amnesty International przedstawiło raport, w którym wzywa USA do nie wysyłania w tych okolicznościach do Izraela helikopterów wojskowych. Jest to jeden z serii raportów Amnesty International.

Wróćmy do teraźniejszości. 19 lutego amerykańskie Ministerstwo Obrony, Pentagon, ogłosiło, że USA i Izrael dobiły jeszcze jednego interesu, interesu na pół miliarda dolarów, dotyczącego ulepszonych helikopterów bojowych Apache. Oczywiście są to tylko przykłady.

Spójrzmy teraz jak sobie z tym radzimy. Poprosiłem mojego przyjaciela, aby przeprowadził kwerendę w prasie. Okazało się, iż wszystko to przeszło niezauważone w Wolnej Prasie. Była jakaś wzmianka w gazecie z Raleigh w północnej Karolinie. Do chwili obecnej, jest to jedyne sprawozdanie z tego, co właśnie opisałem. Jak sądzę, robi to wrażenie.

Nie jest tak, że nikt o tym nie wie. Oczywiście wiadomo o tym. Każde biuro prasowe w kraju jest tego doskonale świadome. Każdy kto czyta raporty Amnesty International wie o tym. Faktycznie każdy, kto chce wiedzieć, wie o tym. Redaktorzy przynajmniej głównego amerykańskiego dziennika, rzekomo najbardziej liberalnego zwrócili uwagę na to. Nie ma też najmniejszej wątpliwości w każdym biurze prasowym, że jest to szczególnie istotne. Lecz ci którzy kontrolują informacje, w sposób oczywisty nie chcą wiedzieć lub nie chcą, aby ich czytelnicy wiedzieli. I mają ku temu dobre powody. Dostarczenie społeczeństwo informacji o tym, co się robi w jego imieniu, oznaczałoby otworzenie okna, które powinno zostać zamknięte, jeśli skutecznie chce się przeprowadzić domową indoktrynacje. Po prostu nie publikuje się tych raportów przy okazji wzmianek o atakach amerykańskich helikopterów na cele cywilne, przy okazji wzmianek o zaplanowanych morderstwach politycznych, czy też przy okazji wzmianek o surowych amerykańskich napomnieniach i wezwaniach do zaprzestania przemocy po obu stronach.

Jest to jeden z wielu przykładów ilustrujących to, jak nie wierzymy w nagradzanie przemocy. I znowu stawia to przed uczciwymi obywatelami dwa zadania: najważniejsze – zrobić coś z tym, i drugie – starać się dociec przyczyn prowadzonej polityki.

Jak sądzę w kwestii tej fundamentalne przyczyny nie są czymś spornym. Od dawna wiadomo, że region zatoki stanowi główne źródło energetyczne na świecie – jest nieporównywalnym źródłem o znaczeniu strategicznym, jak też źródłem ogromnego bogactwa i każdy kto kontroluje ten region ma nie tylko dostęp do wielkich bogactw, ale także uzyskuje ogromne znaczenie w sprawach międzynarodowych, ponieważ kontrola złóż naturalnych stanowi potężny środek nacisku w sprawach międzynarodowych. Są one nieporównywalne z żadnymi, przynajmniej dostępnym, źródłami. Co więcej sądzi się, że znaczenie źródeł energii na Bliskim Wschodzie będzie takie same, a faktycznie nawet wzrośnie, może gwałtownie, w nadchodzących latach.

Znaczenie jakie ma kontrola nad ropą zostało rozpoznane już podczas I Wojny Światowej. W tym czasie Wielka Brytania była główną potęgą światową i kontrolowała większość tego regionu. Jednak po wojnie nie miała już na tyle siły, aby kontrolować ten region przy pomocy bezpośredniej okupacji militarnej. Znalazła się takim poziomie, że już nie mogła tego robić. Tak więc sięgnęła po inne środki. Jednym z nich było użycie sił powietrznych, gazów bojowych. Co i wtedy uznane było za największe okrucieństwo. Jego największym zwolennikiem był Winston Churchill, który wzywał do użycia gazów bojowych przeciwko Kurdom i Afgańczykom. Użycie gazów trujących przez Brytyjczyków było zatajone przez wiele lat. Informacje na ten temat, włączając w to informacje o entuzjazmie Churchilla, zobaczyły światło dzienne około 1980 roku. Za każdym razem kiedy jadę do Anglii na wykłady podnoszę tę kwestię i przekonuję się, że wszyscy pozostali na to głusi. Do momentu wybuchu wojny w Zatoce Perskiej informacje na ten temat zaczęły przeciekać, jednak to jak armia wypełniła rozkazy Churchilla wciąż pozostawało tajemnicą. W 1992 roku rząd brytyjski pod wpływem presji publicznej ustanowił politykę „otwartego rządu”, co znaczy, że w wolnych i demokratycznych społeczeństwach obywatele powinni mieć dostęp do informacji o własnym rządzie. Pierwszym postanowieniem w ramach otwartej polityki informacji było usunięcie z Państwowych Archiwów wszelkich dokumentów dotyczących użycia przez Anglików gazu bojowego przeciwko Kurdom i Afgańczykom oraz roli jaką odegrał w tym Churchill. Tak więc nie dowiemy się niczego, dzięki naszemu oddaniu się sprawom demokracji i wolności, za które tak wylewnie się chwalimy.

Wraz z wojskowym składnikiem kontroli Bliskiego Wschodu zastosowane zostały także środki polityczne, które i dzisiaj, choć w zmienionej postaci, mają znaczenie. Brytyjskie Biuro Kolonialne podczas Pierwszej Wojny Światowej zaproponowało, a później wprowadziło w życie plan skonstruowania tego, co nazwano „arabską fasadą”: słabe, podatne na wpływy państwa, które administrowały lokalnymi populacjami pod ostateczną kontrolą Wielkiej Brytanii, do której można się było odwołać w przypadku, gdy sprawy wymykały się spod kontroli. Francja, dość potężna siła w tamtym czasie, miała w tym swój udział. Również i Stany Zjednoczone, choć nie będące przodującą potęgą w sprawach międzynarodowych, miały na tyle siły, aby podjąć pewne działania. Te trzy kraje w 1928 roku zawarły ugodę „Czerwona Linia”, na mocy której podzieliły rezerwy ropy na Bliskim Wschodzie pomiędzy siebie. Ludzie tego regionu nie byli wzięci pod uwagę. Byli kontrolowani przez „fasadę” z napiętymi mięśniami w tle. Oto podstawowy układ.

Do czasu wybuchu II Wojny Światowej Stany Zjednoczone stały się dominująca potęgą światową i wyraźnie zamierzały przejąć kontrolę nad źródłami energii na Bliskim Wschodzie. Nie ma co do tego wątpliwości. Francja została bezceremonialnie usunięta z gry. Wielka Brytania niechętnie zaakceptowała rolę, by użyć ponurych słów urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, „młodszego partnera”, a jej znaczenie stopniowo malało. Dzisiaj Wielka Brytania jest czymś na wzór amerykańskiego psa bojowego – odgrywa znaczną lecz drugorzędną rolę w sprawach międzynarodowych. Powinienem dodać, że USA kontroluje większość rezerw ropy w zachodniej hemisferze. Ameryka Północna pozostaje największym jej producentem od około 25 lat. Udaje się jej to robić szczególnie efektywnie odkąd administracja Wilsona wykopała Wielką Brytanię z Wenezueli, która jest głównym producentem ropy.

Stany Zjednoczone przejęły brytyjską strukturę – podstawowe zasady pozostały nienaruszone. Oznaczają one to, że Zachód (co głównie znaczy USA) muszą kontrolować to, co tam się dzieje. Ponadto bogactwa tego regionu muszą znaleźć się w rękach Zachodu, tzn. przede wszystkim w rękach USA i Wielkiej Brytanii: ich korporacji energetycznych, ich inwestorów, amerykańskiego Ministerstwa Skarbu, który zależny jest silnie od poddanych recyklingowi petrodolarów, eksporterów, firm budowlanych i tak dalej. Oto istota sprawy. Zyski muszą płynąć na Zachód, władza musi pozostać w rękach Zachodu, głównie Waszyngtonu o tyle, o ile jest to możliwe. To są właśnie podstawowe zasady.

Rodzi to wiele problemów. Jednym z nich jest to, że tamtejsi ludzie są zacofani i niewykształceni, a to oznacza, że nie są w stanie pojąć logiki tej struktury i jej zasadniczej sprawiedliwości. Jakoś nie może do nich dotrzeć, że bogactwo tego regionu winno płynąć na Zachód, nie zaś do biednych i cierpiących ludzi tutaj na miejscu. I tak stale należy uciekać się do siły, aby uzmysłowić im te proste i oczywiste zasady – stały problem z zacofanymi ludźmi.

Konserwatywny i nacjonalistyczny rząd próbował wyrwać Iran z systemu w 1953 roku. Wszystko jednak wróciło szybko do normy dzięki wojskowemu zamachowi stanu sponsorowanemu przez USA i Wielką Brytanię, który przywrócił rządy Szacha. W wyniku wydarzeń USA pozbawiło Wielką Brytanię znacznej części wpływów w Iranie.

Tuż po tym Nasser stał się znaczącą postacią i wkrótce uznany został za największe zagrożenie. Był symbolem niezależnego nacjonalizmu, nie dysponował ropą, lecz był symbolem niezależnego nacjonalizmu i to stanowiło zagrożenie. Uznany został za to, co nazwano „wirusem”, który mógł „zarazić innych” – wirusem niezależnego nacjonalizmu. Jest to konwencjonalna terminologia i fundamentalna cecha międzynarodowego planowania – nie tylko tutaj.

W tym czasie USA rozwinęły doktrynę, która modyfikowała i rozszerzała brytyjski system arabskiej fasady z brytyjską siłą, ukrytą poza nią. Stany Zjednoczone ustanowiły mianowicie kordon peryferyjnych państw, które miały być tym, co administracja Nixona nazwała później „lokalnymi gliniarzami na patrolu”. Policyjna centrala znajduje się w Waszyngtonie, lecz lokalni gliniarze są tutaj na patrolu. Najwięksi z nich w tym czasie to Turcja, wielka siła militarna oraz Iran Szacha.

Do roku 1958 CIA utrzymywała, cytuję, że „logicznym następstwem” oporu wobec arabskiego nacjonalizmu „jest poparcie Izraela jako jedynej godnej zaufania siły prozachodniej na Bliskim Wschodzie”. Wg tego rozumowania Izrael mógłby stać się główną podstawą amerykańskiej potęgi w regionie. Lecz jeszcze wtedy propozycji tej nie wprowadzono w życie. Zrobiono to po roku 1967. W 1967 Izrael zrobił wielką przysługę USA, zniszczył mianowicie Nassera, zniszczył wirusa. A także rozbił arabskie wojska i pozostawił amerykańską władzę u szczytu. I zasadniczo w tym czasie ustanowiono trójstronny sojusz – Izraela, Iranu i Arabii Saudyjskiej. Formalnie rzecz biorąc Arabia Saudyjska była w stanie wojny z Iranem i Izraelem, lecz nie sprawiało to różnicy. Arabia Saudyjska ma ropę, Iran oraz Izrael (i oczywiście Turcja) miały siłę militarną; pamiętajmy, że chodzi o Iran Szacha. Także Pakistan w tym czasie był częścią tego systemu.

Było to zupełnie jasne zarówno dla amerykańskich specjalistów z wywiadu i dla tych, którzy pisali o tym oraz dla tych, którzy zajmowali się planowaniem. I tak na przykład Henry Jackson, główny senacki doradca do spraw Bliskiego Wschodu i ropy naftowej stwierdził, że Izrael, Iran oraz Arabia Saudyjska „powstrzymują i zadowalają te nieodpowiednie i radykalne elementy w pewnych państwach arabskich, które, gdyby były tylko zdolne do tego, stanowiłyby poważne zagrożenie dla naszych głównych źródeł ropy naftowej na Bliskim Wschodzie” (co znaczy przede wszystkim napływ zysków oraz środek nacisku w sprawach międzynarodowych). Arabia Saudyjska robi to przez fundowanie i utrzymywanie największych rezerw ropy naftowej. Iran i Izrael z pomocą Turcji i Pakistanu dostarczały regionalnej siły. Należy pamiętać, że to tylko „lokalni gliniarze na patrolu”. Tak więc jeśli coś naprawdę idzie źle, zawsze można zawołać wielkich chłopaków – USA i Wielką Brytanię.

W 1979 roku pojawił się problem, jeden z filarów runął: Iran padł pod uderzeniem niezależnego nacjonalizmu. Administracja Cartera natychmiast próbowała zasponsorować wojskowy zamach stanu, aby przywrócić Szacha do władzy. Carter wysłał jednego z generałów NATO, lecz to nie zadziałało. Nie udało mu się uzyskać poparcia amerykańskich sojuszników w Irańskiej armii. Natychmiast po tym Izrael i Arabia Saudyjska, pozostałe filary, dołączyły do amerykańskich wysiłków wywołania zamachu stanu, który przywróciłby stary porządek odwołując się do zwyczajowych środków, czyli wysyłając wojsko. Fakty i cele natychmiast zostały ujawnione, lecz szybko zatajone. Pewne informacje dotarły później do opinii publicznej, kiedy to już nie można było ich ukryć. Nazwano to później układem „broń za zakładników”. Ma to miłe humanitarne brzmienie, nawet jeśli jest „błędem”: Reaganici poszukiwali sposobu na uwolnienie zakładników w Libanie. Tym, co rzeczywiście miało miejsce było wysłanie do Iranu broni, tzn. do określonych grup wojskowych via Izrael, który miał bliskie związki z Irańską armią, ufundowane przez Arabię Saudyjską. Nie mogło być żadnego układu broń za zakładników z prostego powodu: nie było tam żadnych zakładników. Pierwszy zakładnik, który został ujęty w Libanie, pojawił się później i tak się zdarzyło, że był Irańczykiem. Faktycznie była to normalna procedura operacyjna.

Jeśli już zdecydujecie się podjąć pracę w dyplomacji i chcecie dowiedzieć się jak obalić cywilny rząd, jest na to prosta odpowiedź. Przypuszczam, że naucza się gdzieś tego na wykładach, choć być może jest to tak oczywiste, że żadne lekcje nie są potrzebne. Jeśli chcecie obalić cywilny rząd, to kto to zrobi? Członkowie armii. Ustanowicie kontakty z wojskowymi, sfinansujecie ich, przeszkolicie, zawiążecie dobre stosunki, przekonacie do obalenia rządu i zrobione. Jest to całkiem rozsądne i zazwyczaj działa. Indonezja i Chile są niedawnymi przykładami, gdzie się to bardzo dobrze sprawdziło – nie dla setek tysięcy zmasakrowanych w Indonezji i torturowanych w Chile, lecz dla tych, którzy się liczą. I było czymś równie rozsądnym spróbować zastosować tę samą politykę w Iranie.

Faktycznie było to całkiem jawne. Nie stanowiło żadnego sekretu. Wysocy izraelscy urzędnicy, włączając w to izraelskiego ambasadora w USA Moshe Arensa, mówili o tym w amerykańskich mediach. Ambasador został szybko uciszony. W ważnym i głośnym filmie dokumentalnym BBC Uri Lubrani, który był de facto izraelskim ambasadorem w Iranie za rządów Szacha, powiedział, że jeśli mamy znaleźć kogoś chętnego do zastrzelenia tysięcy ludzi na ulicach, to powinniśmy być w stanie przywrócić Szacha. Byli wysocy urzędnicy wywiadu amerykańskiego i izraelskiego zareagowali mówiąc, że nie są pewni, lecz wydaje się, że jest to naturalny sposób, w jaki należy postępować. Najwyraźniej po to była broń – nie było bowiem żadnych zakładników. Wszyscy o tym wiedzieli poza społeczeństwem USA. Plany się nie udały. Irański rząd odkrył spisek oraz amerykańsko-izraelskie kontakty w armii i zlikwidował je. Później nadeszła kolejna faza, tj. faza Oliviera Northa, o której słyszeliście, są jednak dobre powody, aby przypuszczać, że stanowiła ona kontynuację pierwszej fazy. Jeśli tak, wtedy jest to, wraz z zatajeniem kluczowej fazy pierwszej, dla której niemożliwe było uzasadnienie typu „broń za zakładników”, całkiem rozsądne i konwencjonalne.

W tym samym czasie USA popierało Iracką inwazję na Iran, tj. popierało swojego przyjaciela Saddama Hussejna w irackiej inwazji na Iran znów dla tych samych powodów, tzn. aby odwrócić nieszczęście niezależnego, choć w tym przypadku nie arabskiego państwa, lecz państwa produkującego ropę. Irak Saddama także był zbyt niezależny, jednak Iran stanowił był najsolidniejszy filar amerykańskiej polityki w regionie. Niezależnie od tego Iran popełnił poważną i niewybaczalną zbrodnię obalając 25 lat wcześniej popierany przez Stany Zjednoczone przewrót wojskowy, który blokował wysiłki wiodące do osiągnięcia niezależności. Ten typ nieposłuszeństwa nie może być tolerowany, inaczej zagrożona zostałaby „wiarygodność”.

I tak znaleźliśmy się w połowie lat 80-tych. Amerykańskie poparcie dla irackiej inwazji zostało potraktowane poważnie. Nie było to zwykłe poparcie dla Saddama Hussejna i jego zbrodni, lecz coś co wykraczało poza to. Stany Zjednoczone rozpoczęły wysyłanie okrętów wojskowych w rejon Zatoki, aby ją patrolować i w ten sposób uniemożliwić Iranowi blokowanie irackich transportów ropy naftowej. Okazało się to być bardzo poważną kwestią. Stopień poparcia USA dla Saddama Hussejna ilustruje fakt, że Irak jest jedynym krajem oprócz Izraela, któremu zostało zagwarantowane prawo ataku na amerykański statek i bezkarne zabicie w tym przypadku 37 marynarzy. Niewielu krajom uszłoby to płazem. Izrael zrobił to w 1967, Irak w 1987. Nie ma innych tego typu przypadków. Oto wskaźnik stopnia zaangażowania.

To nie wszystko. W następnym roku 1988 amerykański niszczyciel, US Vincennes, zestrzelił w irańskiej przestrzeni lotniczej irański samolot pasażerski Iran Air 654 zabijając 290 ludzi. W rzeczywistości amerykański niszczyciel znajdował się na irańskich wodach terytorialnych. Nie ma sporu co do tych podstawowych faktów. Iran potraktował to poważnie. Stwierdzono, iż Stany Zjednoczone nie będą się z niczym liczyć, aby zapewnić zwycięstwo Saddama Hussejna i w tym momencie skapitulowano. Nie było to dla Iranu pozbawione znaczenia wydarzenie. Takim było dla nas, ponieważ było to nasze okrucieństwo, a z definicji możni nie są moralnie odpowiedzialni i nie popełniają zbrodni.

Jest prawdopodobne, choć spekuluję tutaj, że Pan Am 103 został zniszczony w odwecie. Natychmiastową reakcją zachodnich służb specjalnych było uznanie tego wydarzenia za irański odwet za zestrzelenie Iran Air 654, które usprawiedliwione zostało tym, co się potem wydarzyło. Sądzę, że jest to przekonywująca teza. Dowody wskazujące na odpowiedzialność Libii za to wydarzenie są bardzo słabe. Dziwny proces sądowy w Hadze, po tym jak w końcu USA i Wielka Brytania się nań zgodziły (Libia zaoferowała jego przeprowadzenie w neutralnym miejscu kilka lat wcześniej) wzbudził wiele wątpliwości wśród tych, którzy mu się bliżej przyglądali. Lecz możemy być niemalże pewni, że nie zostanie on poddany dyskusji. Uznano na przykład za konieczne całkowite przemilczenie „Raportu w sprawie tzw. procesu Lockerbie w Holandii” autorstwa międzynarodowego obserwatora mianowanego przez Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych Kofi Annana zrealizowanego w ramach Rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 1192 (1998 rok). Jego raport opublikowany miesiąc temu był zdecydowaną krytyką procesu. Można znów spekulować, że jeśli raport ów potwierdziłby oficjalne stanowisko USA i Wielkiej Brytanii, poświęcono by mu z pewnością uwagę, a prawdopodobnie znalazłby się w nagłówkach gazet.

Gdyby Iran był za to odpowiedzialny, jest prawdopodobne, że starałby się o „przekonywującą wymówkę” – rodzaj usługi, jaką dostarcza CIA Białemu Domowi – i użyłby agentów, tak jak najwyraźniej to zrobiło CIA, kiedy zaaranżowało to, co można uznać za najgorszy akt międzynarodowego terroryzmu, mianowicie pozostawienie samochodu pułapki przed meczetem, którego wybuch zbiegł się w czasie, gdy ludzie wychodzili ze świątyni, co spowodowało śmierć 80 ludzi i nieznaną liczbę rannych. Miało to miejsce w Bejrucie w roku 1985. Amerykańskie okrucieństwo, a więc na mocy konwencji nie zbrodnia. Iran mógł nawet wybrać libijskiego agenta. Wszystko to jednak są tylko spekulacje. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się prawdy, bowiem nie są tematy właściwe dla eksploracji.

Jednak pomimo tego wszystkiego Irak pozostawał swoistą anomalią. W 1958 wyswobodził się zdominowanego przez USA systemu. Była to nieprawidłowość. Także jednak pod innym względem. Rzecz w tym, że Irak, jakkolwiek straszliwy może być to reżim, swoje zasoby przeznaczał na pobudzenie wewnętrznego rozwoju. Tak że mieliśmy do czynienia z solidnym wewnętrznym rozwojem społecznym i ekonomicznym. Nie jest to jednak sposób w jaki system powinien pracować, zyski powinny płynąć na Zachód. Od samego początku mieliśmy do czynienia ze skomplikowanymi i nieprawidłowymi relacjami. Nie ma czasu by się nimi teraz zajmować. Skończyło się. Obecnie konsekwencje wojny oraz szczególnie sankcji mają w gruncie rzeczy odwrócić kierunek zmian. Gdy już Irak będzie mógł powrócić do międzynarodowego systemu pod amerykańską kontrolą, nie będziemy mieli do czynienia z niebezpieczeństwa użycia zasobów na potrzeby wewnętrzne. Będzie miał tyle szczęścia, aby przetrwać i częściowo dojść do siebie.

Wszystko to rodzi wiele problemów. Co z naszym legendarnym zaangażowaniem w prawa człowieka? Jak prawa człowieka związane są z różnymi podmiotami na Bliskim Wschodzie? Odpowiedź jako taka jest prosta: prawa przypisywane są w zależności od stopnia zaangażowania w utrzymanie systemu. Stany Zjednoczone mają prawa z definicji. Wielka Brytania o tyle, o ile spełnia rolę lojalnego psa bojowego. Państwa arabskiej fasady mają prawa wtedy, gdy udaje im się kontrolować własne społeczeństwa i zapewnić płynięcie zysków na Zachód. Lokalni gliniarze na patrolu mają swoje prawa o tyle, o ile wykonują swoją pracę.

A co z Palestyńczykami? Cóż nie mają żadnych bogactw. Nie mają żadnej władzy. Tak więc na mocy najelementarniejszych zasad dyplomacji nie mają żadnych praw. To proste jak to, że dwa dodać dwa równa się cztery. W rzeczywistości maja negatywne prawa. Powodem jest to, że ich wywłaszczenie i cierpienie wywołuje sprzeciw i opór w regionie. Tak więc dokładnie nie liczą się jako zero, lecz są raczej traktowani jako coś szkodliwego.

W oparciu o te rozważania łatwo przewidzieć politykę amerykańską ostatnich około trzydziestu lat. Jej podstawowym elementem była i pozostaje radykalna forma negacjonizmu (rejectionism). Muszę tutaj wyjaśnić, że używam tego terminu w sposób niekonwencjonalny, mianowicie w jego nierasistowskim sensie. Termin „negacjonizm” używany jest w zachodnim dyskursie w jego całkowicie rasistowskim znaczeniu, mianowicie odnosi się do tych, którzy kwestionują prawa narodowe Żydów, są nazywani „negacjonistami”. Lecz jeśli używamy tego terminu nie nadając mu rasistowskiego sensu, odnosi się do tej lub innej z rywalizujących pomiędzy sobą grup w dawnej Palestynie. Tak więc ci, którzy odrzucają narodowe prawa Palestyńczyków są negacjonistami. I przez ostatnie trzydzieści lat USA kierowało tak rozumianym negacjonistycznym obozem. Faktycznie jest jedynym znaczącym członkiem tego obozu, który nim kierował i kieruje dalej.

Wojna z roku 1967 była niebezpiecznym wydarzeniem. Doszło niemalże do nuklearnej konfrontacji. Panowała zgoda co do tego, że pewne dyplomatyczne porozumienia muszą zostać zawarte. Zaproponowane głównie przez Stany Zjednoczone i inne wielkie potęgi dyplomatyczne porozumienie nazwane zostało rezolucją 242 (UN 242) (2). Zauważcie, iż porozumienie to miało wyraźnie charakter negacjonistyczny. Wzywało do uznania izraelskiego prawa do życia w pokoju i bezpieczeństwie w ramach uznanych granic, lecz nie mówiło nic o prawach Palestyńczyków z wyjątkiem niejasnej aluzji do problemu uchodźców. UN 242 wzywała do porozumienia pomiędzy istniejącymi państwami regionu. Porozumienie mówiło, przedstawiając to w prostych słowach, że powinien zapanować pokój w zamian za wycofanie się Izraela z okupowanych terytoriów. Oto rezolucja 242. I taka była też oficjalna polityka USA w tym czasie. Wycofanie się Izraela mogło doprowadzić do marginalnego i wzajemnego dostrojenia się granic; być może wyprostowałoby tu i ówdzie pokręcone granice. Lecz nic ponad to. I oczywiście żadnego osiedlania się czy zagospodarowania ziem na okupowanych terytoriach. Nie ma wątpliwości co do tego, że gwałciłoby to Konwencję Genewską. Co do tej kwestii opinia międzynarodowa była jednomyślna z wyjątkiem Izraela i USA. W tym przypadku USA niechętnie artykułowało publicznie swą niechęć do międzynarodowego prawa i do Konwencji Genewskiej, które ustanowione były w tym celu, aby zapobiec takim zbrodniom, jakie popełniali naziści, stąd powstrzymanie się od rezolucji, która uchwalona zostało jednogłośnie z wyjątkiem Izraelskiego sprzeciwu i amerykańskiego wstrzymania się od głosu.

USA pozostało przy tej interpretacji aż do roku 1971. W 1971 miało miejsce bardzo ważne wydarzenie. Prezydent Sadat zdobył władzę w Egipcie i zaproponował porozumienie w terminach rezolucji 242 – w terminach oficjalnej polityki USA: pełen pokój w zamian za wycofanie się Izraela. Faktycznie jego stanowisko było przyszłościowe: zaoferował pełen pokój w zamian za wycofanie się Izraela z egipskich ziem, pozostawiając otwarty status okupowanych terytoriów i Wzgórz Golan. Oczywiście jego propozycja była negacjonistyczna, nie mówiła nic o Palestyńczykach.

Stany Zjednoczone stanęły przed wyborem – przyjąć czy odrzucić rezolucję 242? Rozumiano, że propozycja Sadata była, jak przedstawił to Izrael, „autentyczną ofertą pokojową”, „kamieniem milowym na drodze do pokoju”, jak opisywał to Icchak Rabin, wówczas izraelski ambasador w USA, w swoich wspomnieniach.

Stany Zjednoczone musiały podjąć decyzję. Miała miejsce wewnętrzna konfrontacja. Henry Kissinger wygrał ją i Waszyngton przyjął jego politykę „sytuacji bez wyjścia”: żadnych negocjacji, tylko siła. Tak więc w lutym 1971 USA faktycznie odrzuciło rezolucję 242 i twierdziło, iż oznacza ona „wycofanie się o tyle, o ile USA i Izrael tak zadecydują”. Od roku 1971 jest to operacyjne rozumienie UN 242 pod globalnymi rządami USA.

Oficjalnie USA popierało UN 242, aż do czasów Clintona. Jest on pierwszym prezydentem, który zadeklarował, iż amerykańskie rezolucje nie są operacyjne. Lecz do tego czasu Stany Zjednoczone przynajmniej werbalnie akceptowały rezolucję 242. Jednakże były to jedynie słowa. W praktyce USA postępowało zgodnie z interpretacją Kissingera. Dla każdego prezydenta rezolucja 242 w praktyce oznaczała częściowe wycofanie się, które Izrael i USA określały. Carter na przykład gwałtownie deklarował swoje poparcie dla rezolucji 242, lecz także zwiększył pomoc dla Izraela do tego stopnia, że wynosiła ona połowę całej amerykańskiej pomocy (jako część porozumienia z Camp Dawid), co pozwoliło Izraelowi kontynuować integrację okupowanych terytoriów w granicach Izraela i przeciwstawiać się jakiejkolwiek sensownej realizacji rezolucji 242. Pozwoliło to także Izraelowi atakować swoich północnych sąsiadów.

Negacjonistyczne zaangażowanie międzynarodowego systemu zmieniło się w połowie lat 70-tych. Do połowy lat 70-tych mieliśmy do czynienia z bardzo szerokim międzynarodowym konsensusem, faktycznie niemalże wszyscy skłaniali się do akceptacji palestyńskich praw narodowych w Izraelu. W styczniu 1976 Rada Bezpieczeństwa debatowała nad rezolucją, która zawierać miała przeredagowaną rezolucję 242 wraz z dodaniem zapisu o narodowych prawach Palestyńczyków na terytoriach, z których Izrael miał się wycofać. USA zawetowały tę rezolucję i tym samym usunęły ją z historii, tak że nawet nie znajdzie się wzmianki o niej w historycznych książkach z rzadkimi wyjątkami. To samo jest prawdą o wydarzeniach z lutego 1971. Jeśli ktoś pokusi się o solidne badania może odkryć te fakty, zostały jednak one skutecznie usunięte z naszej historycznej pamięci.

To się powtarzało. Nie zamierzam śledzić tutaj całej tej historii. USA zawetowało podobną rezolucję Rady Bezpieczeństwa w 1980 roku i wetowało podobne rezolucje Zgromadzenia Ogólnego rok po roku, zazwyczaj samotnie (z Izraelem), okazyjnie z niektórymi państwami klienckimi. Jednostronne amerykańskie odrzucenie rezolucji Zgromadzenia Ogólnego jest w rzeczywistości podwójnym weto: rezolucja nie wchodzi w życie, jest także usunięta z historii, rzadko nawet się o niej wzmiankuje. Waszyngton blokował także inne wysiłki negocjacyjne, ze strony państw europejskich i arabskich, ze strony OWP. Faktycznie wszystkie. I tak się rzeczy miały, aż do Wojny w Zatoce.

Proces zapobiegania dyplomatycznym i pokojowym rozwiązaniom ma swoją nazwę, dokładnie taką jakiej można się spodziewać żyjąc w orwellowskim świecie, nazwany został „procesem pokojowym”.

Zmieniło się to podczas Wojny w Zatoce. W tym momencie reszta świata zrozumiała dawany przez Stany Zjednoczone bardzo jasny sygnał: zamierzamy rządzić tym regionem przy pomocy siły, tak więc z drogi. Zrozumiano to na świecie. Europa się wycofała. Arabski świat pogrążony był chaosie. Związku Radzieckiego już nie było. A nikt więcej się nie liczy. USA natychmiast zwróciły się ku negocjacjom w Madrycie, gdzie narzuciły negacjonistyczne ramy, które w międzynarodowej izolacji chroniły przez 20 lat.

Doprowadziło to różnymi drogami do Oslo i na trawnik przed Białym Domem 13 września 1993, kiedy przyjęto z fanfarami Deklarację Zasad (Declaration of Principles – DOP) (3), co w prasie opisywano jako „dzień respektu” itd. DZ zasługuje na bliższe przyjrzenie się. Bez dwuznaczności wskazywała na to, co się święci. Nie mówię tego z dzisiejszej perspektywy: natychmiast napisałem o tym artykuł, który opublikowany został w październiku 1993. Od tej pory było niewiele niespodzianek.

DZ stwierdzała, że „trwały status”, ostateczne porozumienie oparte ma być na rezolucji 242 i tylko na niej. To bardzo istotne. Każdy, z jakąkolwiek znajomością bliskowschodniej dyplomacji, w tym dniu wiedział co się stanie. Po pierwsze rezolucja 242 oznacza „częściowe wycofanie się, które określi USA” – poprawka Kissingera. A „tylko rezolucja 242” oznacza, że pod uwagę brana jest tylko rezolucja 242, nie zaś inne rezolucje wzywające do uznania narodowych praw Palestyńczyków w Izraelu. Przypomnijcie sobie, że rezolucja 242 jako taka jest ściśle negacjonistyczna. Podstawową kwestią dyplomatyczną od połowy lat 70-tych jest czy dyplomatyczne porozumienie oparte być powinno jedynie na samej rezolucji 242, czy też uzupełnione o inne rezolucje, które Stany Zjednoczone wetowały na forum Rady Bezpieczeństwa i (skutecznie) na Zgromadzeniu Ogólnym. Drugą kwestią jest to czy rezolucja 242 ma mieć oryginalną interpretację czy też operacyjną interpretację USA, przyjętą po odrzuceniu pokojowej propozycji Sadata z 1971 i podporządkowaną jednostronnemu waszyngtońskiemu negacjonizmowi. I ponieważ jest to jednostronna gra, rezolucja 242 oznacza „tak jak określi USA”. Nie było niejasności. Można było się zdecydować na bycie oszukiwanym, wielu tak właśnie zrobiło. Był to wybór niemądry, szczególnie dla ofiar.

Sprawy toczyły się dalej. Nie można tak naprawdę oskarżyć Izraela o łamanie ustaleń z Oslo, z wyjątkiem szczegółów. Kontynuowano zasiedlanie okupowanych terytoriów i integrowania ich w ramach państwa Izrael. Oznacza to, że ty i ja jesteśmy za to odpowiedzialni, ponieważ Stany Zjednoczone świadomie to finansowały i dostarczało kluczowego dyplomatycznego i finansowego poparcia dla tego rażącego pogwałcenia prawa międzynarodowego. Kolejne porozumienia odkrywały szczegóły. Są one warte bliższego przyjrzenia się im. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, pisałem o najważniejszych w 1996 roku. Szczegóły te są uderzające, włączając w to celowe upokorzenie zawarte w nich. I zostały one dość dokładnie wprowadzone w życie.

Spoglądając z bardzo bliska, przez bardzo potężny mikroskop, odkryjemy w Izraelu (tak jak i w USA) różnice pomiędzy dwiema głównymi siłami politycznymi. Istnieje jakkolwiek w USA widoczna różnica w nastawieniu do nich, jest to jednak bardziej kwestia różnicy stylu niż istoty rzeczy. Weźmy na przykład człowieka, który dwa lub trzy dni temu mianowany został ministrem obrony, Bena Elizera. Opisywany jest obecnie jako „jastrząb z Partii Pracy”. Był ministrem budownictwa za czasów Szimona Peresa i określano go wtedy jako gołębia. W lutym 1996, tuż przed końcem kadencji Peresa, w szczycie „gołębiości” ogłosił rozszerzony plan osadnictwa na terytoriach (okupowanych), przeczytam go, bo wskazuje on w gruncie rzeczy na to, co się działo. To był luty 1996. Powiedział, że „nie stanowi żadnej tajemnicy fakt, że stanowisko rządu, które jest naszym ostatecznym żądaniem, jest takie, że uznaje się ziemie Jerozolimy – Ma’ale Adumin, Givat Ze’ev, Beitar i Gush Etzion – będą integralną częścią przyszłej mapy Izraela. Nie ma co do tego wątpliwości”. Ogłosił także budowę tego, co Izraelczycy nazywają Har Homa, ostatniego kawałka wokół Jerozolimy, głównie na ziemi zabranej Arabom. Zrezygnowano z tego projektu podczas rządów Netaniahu, z powodu silnej międzynarodowej i wewnętrznej opozycji. Projekt ten jednak znów został podjęty przez Baraka i kontynuowany bez protestów.

Rzut oka na mapę wyjaśni co, to znaczy. „Teren Jerozolimy” tak zdefiniowany (zrobił już to po Oslo Icchak Rabin), skutecznie dzieli Zachodni Brzeg: rozwijano miasto Ma’ale Aduminim pierwotnie dla tego celu, a dodanie innych części „terenów Jerozolimy” jedynie umacnia skuteczny podział.

Ben-Elzier wyjaśnił także w lutym 1996, że Partia Pracy „buduje cicho”, z pełnym poparciem premiera, nie robi tego tak ostentacyjnie jak konkurentka – koalicja Likud. Premierem może być Rabin, Peres, Barak (który pobił wszystkie rekordy w budowie), czy ktokolwiek inny, leczy „budujemy cicho” – oto kluczowa fraza. I to dlatego Stany Zjednoczone wolą Partię Pracy aniżeli Likud. Partia Pracy robi to spokojnie. Są oni „gołębiami”. Likud bywa arogancki i robi wokół tego dużo hałasu, a to powoduje, że trudniej jest udawać, że nie wiemy co tam się rzeczywiście dzieje. Tak więc Partia Pracy jest zawsze lepsza.

Powody tego tkwią w różnych elektoratach. Partia Pracy jest partią menadżerów, profesjonalistów, intelektualistów – ogólnie mówiąc bardziej świeckich i zachodnich grup społeczeństwa, które bardzo dobrze pojmują normy zachodniej hipokryzji – i łatwiej z nimi sobie radzić, stąd też są bardziej podziwiani na Zachodzie. Ich polityka różni się nieco: jak zauważyłem Partia Pracy jest bardziej agresywna w budowie (a także w działaniach wojskowych) niż Likud, czasami jest na odwrót. Jest to jednak kwestią drugorzędną.

Nie wchodząc w szczegóły chciałbym zauważyć, że w całej obecnej dyskusji dotyczącej nadzwyczajnych negocjacji oraz „przyszłościowych” i „autentycznych ustępstw” Clintona i Baraka mamy do czynienia z kilkoma znaczącymi brakami. Pierwszym z nich jest brak map. Spróbujcie znaleźć mapę w jakiejś amerykańskiej gazecie opisującej to, co się dzieje. Powodem dla którego nie ma map jest jak sądzę to, co wprowadzono w życie w ramach propozycji z Camp Dawid, planów Clintona i Baraka, a to co dość dokładnie opisał Ben Elzier. Miejsca, które wspomniałem są tymi, które zostały włączone do Izraela wraz z innymi. Drugim zasadniczym brakiem jest brak konstatacji, że nie może być żadnych „autentycznych ustępstw” ponieważ nie może być w ogóle żadnych terytorialnych ustępstw, innych niż tych z jakimi mieliśmy do czynienia w przypadku wycofania się Związku Radzieckiego z Afganistanu czy Niemiec z okupowanej Francji.

To, co nazywa się „Jerozolimą” rozszerza się znacząco we wszystkich kierunkach, oddzielając Ramallah na północy od Betlejem na południu i dzieląc skutecznie Zachodni Brzeg. Ma’ale Adumin nazywane jest amerykańskiej prasie „sąsiedztwem Jerozolimy”, w rzeczywistości jest to miasto zbudowane przez USA i Izrael, głównie podczas porozumienia z Oslo, dobrze na wschodzie Jerozolimy. Jego planowane granice mają sięgać do kilku kilometrów przed Jerychem. Samo Jerycho otoczone jest na siedem stóp głębokim rowem, który ma zapobiec przemieszczaniu się ludzi. To samo planuje się dla innych miast. Oznacza to, że przyczółek Jerozolima skutecznie dzieli na dwie części Zachodni Brzeg, dzieląc palestyńskie terytoria na dwie enklawy. Cały palestyński region jest oddzielony od tradycyjnego centrum palestyńskiego życia w Jerozolimie (która obecnie jest znacznie rozbudowywana wyłącznie dla izraelskich osadników). Istnieje jeszcze jeden przyczółek na północy, który skutecznie rozdziela północne i centralne regiony. Dyskusja na temat Strefy Gazy jest ogólnikowa, określana przez osadnictwo i rozwojową retorykę. Lecz i tutaj coś podobnego jest prawdopodobnie planowane.

Pamiętajmy, że wszelkie osadnictwo odbywa się w kontekście projektów dotyczących infrastruktury, których celem jest integracja Izraela i usunięcie z zasięgu wzroku Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu, zamkniętych w swoich enklawach.

Są to przyszłościowe i autentyczne ustępstwa. Są one dobrze rozumiane. Zakończę komentarzem jednego z czołowych izraelskich Shlomo Ben-Ami, który był głównym negocjatorem za rządów Baraka. W akademickiej książce napisanej po hebrajsku w 1998, tuż zanim wszedł w skład rządu, wskazał, całkiem trafnie, że celem negocjacji z Oslo jest ustanowienie „permanentnej zależności kolonialnej” dla okupowanych terytoriów. W Izraelu jest to opisane jako rozwiązanie typu Bantustan. Jeśli macie na myśli politykę RPA, to w istocie o to chodzi.

Warto zauważyć, że wśród czołowych zwolenników tego rozwiązania znajdują się główni izraelscy przemysłowcy. Około 10 lat przed porozumieniem z Oslo apelowali oni o powstanie mniej więcej takiego państwa palestyńskiego. Mieli ku temu całkiem dobre powody. Dla nich permanentna zależność kolonialna jest bardzo sensowna. Coś takiego jak USA i Meksyk czy USA i Salwador z maquiladoras i plantacjami ciągnącymi się wzdłuż granic po palestyńskiej stronie. Gwarantuje to tanią pracę i okropne warunki, nie trzeba też się martwić o zanieczyszczenia środowiska i inne irytujące ograniczenia zysków. Ludzie nie muszą przenosić się do Izraela, co zawsze jest sprawą niebezpieczną. Nie tylko pozwala to łagodzić zagrożenie jakim są prawa człowieka i ograniczenia zysków, lecz także jest użyteczną bronią przeciwko izraelskiej klasie robotniczej. Umożliwia ograniczenia ich płac i zasiłków. I co więcej oferuje narzędzia pozwalające na łamanie strajków, co jest powszechnie stosowane przez amerykańskich przemysłowców, rozwijających zagraniczną wydajność, co może zostać wykorzystane tutaj do łamania strajków: strajk w Caterpillar kilka lat temu jest tego przykładem. Na przykład próbowano sprywatyzować porty, lecz jednak izraelski związek zawodowy ogłosił strajk. Przemysłowcy mieli problem. Mogli użyć egipskiego portu, lub portu na Cyprze aby złamać strajk, było to jednak za daleko. Z drugiej strony gdyby mieli do dyspozycji port w Gazie, byłoby to idealna sytuacja. Przy współpracy z władzami w ramach neokolonialnej zależności, portowe operacji mogłyby tam zostać przeniesione. Strajk izraelskich pracowników mógłby zostać złamany, a porty znalazłyby się w prywatnych rękach osób, które nie muszą się nikomu tłumaczyć. To dobry powód, aby popierać palestyńskie państwo, funkcjonujące w warunkach neokolonialnej zależności.

Izrael jako taki staje się, co nie jest zadziwiające, bardzo podobny do USA. Ma on ogromne nierówności, bardzo wysoki poziom nędzy, poziom płac znajduje się albo na tym samym poziomie, albo spada, a warunki pracy się pogarszają – raczej bardziej tak jak w USA niż w innych rozwiniętych. Tak jak w Stanach Zjednoczonych przemysł oparty jest na bardzo dynamicznym sektorze państwowym, czasem ukrytym pod określeniem przemysłu wojskowego. Nic zatem dziwnego, że USA popiera układ w swojej placówce, który wygląda dość podobnie do tego w samych Stanach Zjednoczonych.

Nic także dziwnego, że USA prowadzi tzw. politykę „podwójnej izolacji” (dual containment) – izolując Iran i Irak – dwa kraj, które nie podporządkowały się zdominowanemu przez USA systemowi światowego porządku. Jednakże polityka ta się załamuje. Nie jest stabilna. Kraje regionu już dłużej nie chcą jej akceptować. Na zewnątrz USA i w ograniczonym stopniu Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z niewielkim poparciem i silną opozycją. W USA opozycja także rozwija się w kluczowych sektorze, świecie biznesu, który nie jest zadowolony z tego, że jest zmuszony przepuszczać okazję na korzyść swoich rywali. Pamiętajmy, że Irak ma drugie w kolejności największe złoża ropy naftowej na świecie oraz że Iran także ma wiele surowców. Rozsądnym jest więc spodziewać się, że jakoś te dwa regiony zostaną ponownie poddane amerykańskiej kontroli. Nie będzie to łatwo przebiegać, ponieważ pojawia się przy tym wiele problemów. W rzeczywistości cały ten region jest bardzo zmienny i bardzo niebezpieczny. Nie ma wątpliwości, że rola USA pozostaje krytyczna, prawdopodobnie rozstrzygająca, co jest dobre dla nas, ponieważ jest to czynnik, na który możemy wpływać – to nakłada na nas odpowiedzialność, co jest sprawą bardzo poważną.


  Noam Chomsky

Zaprezentowane na pierwszej corocznej serii wykładów Maryse Mikhail „Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez prawdy”, Uniwersytet Toledo, 4 marzec 2001

 Tłum. Krzysztof Kędziora

 (1) Chodzi o przeprowadzone przez USA i Wielką Brytanię w połowie lutego 2001 bombardowania ok. 30 celów w pięciu irackich miastach wokół Bagdadu. Był to pierwszy od grudnia 1998 roku atak poza tzw. strefą zakazu lotów (ustanowioną przez USA i Wielką Brytanię w 1991 w wyniku wojny w Zatoce Perskiej). przyp. tłumacza.
 (2) 22 listopada 1967 Rada Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych uchwaliła rezolucję 242, która m.in. wzywała Izrael do wycofania się z terytoriów zagarniętych podczas ostatniego konfliktu i „sprawiedliwego rozpatrzenia problemu uchodźców”. Izrael, Egipt i Jordania rezolucję tę przyjęły, podczas gdy Syria i OWP ja odrzuciły. przyp. tłumacza
 (3) Konkretnie Deklarację Zasad Funkcjonowania Autonomii Palestyńskiej. dop. tłumacza.



<< powrót