Ideologie czy ludzie?
Uwagi osobiste na marginesie „Dodatku Pierwszomajowego”


Krawat ubolewa, że anarchistyczny 1 Maja nie wykroczył poza wolnościowe getto. Mnie to akurat nie dziwi.

Przecież ta protestująca pielęgniarka to jest nieraz dewotka spluwająca na widok punka. Przecież ten strajkujący górnik nierzadko obnosi się z pogardą dla „pedałów”. Przecież ten rolnik blokujący szosę często wierzy, że wszystkiemu winni są Żydzi. Co to - nie znacie ich? Przecież to wasi sąsiedzi, znajomi z pracy, nieznajomi z ulicy. I wy wierzycie, że staną oni w jednym szeregu z lesbijkami? Albo ze zwolennikami legalizacji narkotyków? Albo że poprą postulaty otwarcia granic i uwolnienia więźniów? Ich interesuje wyższa pensja i ludzkie traktowanie a nie hasła zniesienia państwa, rodziny i Bóg wie jeszcze czego. To prości, konkretni ludzie.

I mają prawo do bycia takimi, jacy są!

Trzeba wybrać: abstrakcyjne ideały albo realni ludzie. Ja wybrałem. Już dawno. W 1993 r. roku w trockistowskim „Dalej!” pisałem: „Nie jestem stalinistą ani trockistą ani w ogóle marksistą - ja jestem tylko chaplinistą. Charlie Chaplin zwykł był mawiać: ‘Całą moją ideologią jest obrona zwykłego człowieka’ i ja się pod tym oburącz podpisuję”. Zawsze jestem po stronie ludzi. W końcu wszystko robione powinno być dla ludzi - a oni chyba sami najlepiej wiedzą, co dla nich dobre. Ja w każdym razie nie mam w sobie dość arogancji, żeby stawiać się ponad innymi i decydować za nich, co powinni robić, jak powinni myśleć.

Oczywiście można powiedzieć: „interesuje mnie moja samorealizacja, nic mnie nie obchodzi ten ciemny, zacofany motłoch”. OK, ale wtedy nie strój się w piórka „obrońcy ludu”. Załóż jednoosobowy Związek Egoistów i działaj w jego imieniu.

Trzeba odrzucić wszelkie utopijne, oderwane od życia doktryny. Wszystkie. Tu dygresja: kiedyś współpracowałem z niejakim B.K., który niezwykle przejmował się rozmaitymi ideami wygrzebanymi w bardzo egzotycznych książkach. Powiedziałem mu wtedy, że ja mam do ideologii stosunek taki jak do kobiet: lubię je, chętnie się z nimi pobawię, ale żeby traktować poważnie... co to, to nie. Od tego czasu mój stosunek do kobiet się zmienił, do ideologii nie.

...To muszę podkreślić: tu nie chodzi o wymyślanie jakichś nowych ideologii w miejsce starych. Mówię to jako niegdysiejszy propagator „sojuszu ekstremów”, który miał polegać na konwergencji idei prawicowych i lewicowych. Bogatszy o dziesięcioletnie doświadczenia powiadam: strata czasu! Ekstremiści (czy to z lewa, czy to z prawa) żyją w swoich gettach i dobrze im tam. Szans na pozyskanie większości nie mają żadnych. Gros energii poświęcają na zwalczanie innych, konkurencyjnych ekstremistów (od czasu do czasu przypominając sobie, że jest jeszcze tzw. „System”). Nawet samodzielne, uwolnione spod ciężaru doktryny poszukiwania i tak kończą się z reguły stworzeniem kolejnej, równie dogmatycznej sekty. Próba dokonania syntezy prawicowego i lewicowego ekstremizmu wydaje na świat takie mutacje jak nacjonalbolszewizm, łączący najgorsze cechy faszyzmu i stalinizmu.

Żeby było jasne: jestem ostatnim, który odmówiłby komunistom prawa do obrony praw narodu (w końcu nawet Trockiemu to się zdarzało). Nikomu nie odmawiam prawa do poszukiwania i posiadania swoich poglądów, współpracować mogę z każdym. Chodzi mi tylko o to, że z tej - doktrynerskiej, ekstremistycznej - mąki chleba nie będzie.

Żadnych ideologii, żadnego bicia piany. Żadnych „ostatecznych celów”, żadnych Rajów na Ziemi. Zamiast tego działanie, by poprawić życie ludzi (choćby cząstkowo) Tu i Teraz.

Trzeba po prostu pomagać ludziom - takim, jacy są. Bezwarunkowo. Bezinteresownie. Bez stawiania warunków, bez narzucania im swojej ideologii. „Poprzemy wasz protest ale wy poprzyjcie naszą partię”. „Pomogę ci, ale stań się taki jak ja”. Powinno się robić tak, jak robi (z tego co czytałem, mam nadzieję że to prawda) Food Not Bombs - dawać ludziom jeść bez wciskania ideologicznego kitu.

Cel jest niczym, ruch jest wszystkim” - jak mawiał Bernstein.


   Jarosław Tomasiewicz


<< powrót