Epizod warszawskiego anarchizmu i trockizmu w latach osiemdziesiątych
(relacja Tomasza Szczepańskiego)



Poniżej prezentujemy fragmenty wspomnień Tomasza Szczepańskiego. Autor w latach 80. był działaczem ruchu anarchistycznego, następnie związał się ze skrajną lewicą. W prezentowanych tu wspomnieniach przedstawia on ciekawe i mało znane epizody z historii tych nurtów, dodatkowo zaś celnie oddaje klimat tamtych czasów oraz mentalność uczestników tych formacji. Jego relacja jest więc pewnym dokumentem tamtej epoki. Wspomnienia te są częścią długiej rozmowy, jaką z T. Szczepańskim przeprowadził w 1993 r. Grzegorz Sołtysiak ze związanego z pismem “Karta” ośrodka dokumentującego działalność opozycyjną i alternatywną w PRL-u. Przedstawiamy tylko I część, gdyż druga dotyczy wyłącznie działalności skrajnie lewicowe i aktywności Autora w PPS-ie. Prezentowane tutaj wspomnienia są wersją skróconą: pominięto wątki osobiste, dygresje, kwestie mniej znaczące, powtórzenia itp. Prezentowana tu wersja była autoryzowana i ukazuje się za zgodą autora wspomnień. Całość zredagował Remigiusz Okraska.

TOMASZ SZCZEPAŃSKI: Skrajną lewicą interesowałem się już w liceum. Chodziłem do takiego bardzo złego liceum na przedmieściach, które jednak miało to dobrego, że względnie zdolny uczeń mógł poświęcać sporo czasu na jakieś własne zainteresowania. A pod względem ideowym było tam zupełnie puste pole, to znaczy ci moi koledzy nie stanowili jakiejś ideowej konkurencji, która by mogła mną pokierować i wpłynąć na mnie. Już wtedy zacząłem się interesować skrajną lewicą poprzez pewne zainteresowania kontrkulturą. To znaczy ja wtedy byłem w opozycji do kontrkultury, która się w latach osiemdziesiątych rozwijała, bo po prostu wiedziałem, że to ogłupia skutecznie. No i oczywiście zacząłem od źródeł. A co jest dla kontrkultury takim źródłem, takim najbardziej bieżącym? No jednak ’68 rok, ale nie u nas tylko tam. To znaczy nie Adam Michnik, lecz przyjaciele Michnika np. Daniel Cohn-Bendit, z którym to nazwiskiem zetknąłem się jeszcze w liceum. Przyznasz chyba, że w liceum warszawskim na przedmieściu uczeń, który się interesuje Cohn-Benditem, Rudim Dutschkem, Marcusem i innymi tego typu dżentelmenami nie był zjawiskiem częstym w latach 80., delikatnie rzecz ujmując. W związku z czym moje zainteresowania generalnie wpływały na jakieś konflikty z otoczeniem, co może o tyle było dobre, że mając dystans do swojego otoczenia mogłem się rozwijać zupełnie samodzielnie. Dla wyjaśnienia – pochodzę z rodziny plebejskiej, czyli nie mającej żadnych związków z tradycjami lewicy społecznej, lewica społeczna z reguły jest inteligencka, a – powiedzmy - tacy autentyczni plebejusze mają raczej prawicowe kontakty. Rozwijałem się zawsze bardzo samodzielnie. A jeśli dodać jeszcze do tego, że się wcześniej zainteresowałem Fryderykiem Nietzsche, co mnie dość skutecznie od chrześcijaństwa odseparowało, no to będziemy mieli chyba do pewnego stopnia wyjaśnienie takich zainteresowań. No i poszedłem studiować historię w 1983 r., historią interesowałem się od dawna. I natknąłem się prawie od razu na ludzi z SIGMY. SIGMA była ośrodkiem Pracy Politycznej ZSP – to tragicznie brzmiało, formalnie tak wyglądała ta sprawa. Niemniej jednak ludzie, którzy wówczas tę SIGMĘ robili “zsypowcami” po większej części nie byli i ona grupowała tę niekomunistyczną czy antykomunistyczną lewicę, takie osoby, jak Robert Dymkowski, Włodzimierz Bratkowski, Zbigniew Partyka, Krzysztof Markuszewski (późniejszy członek założyciel PPS i zresztą mój współpracownik z PPS-u, ale to już późniejsze lata), Grzegorz Ilka, Piotr Ikonowicz znani wtedy, później i teraz. Takie pytanie się od razu pojawia, dlaczego było to tolerowane wtedy? To oczywiście temat na naukową odpowiedź historyka, moja robocza hipoteza jest taka, że jakkolwiek teoria wentyla nie byłaby ośmieszana przez publicystów, to istnieje w niej pewne racjonalne jądro. To znaczy, wydaje się że uczelniane władze komunistyczne jakiegoś wentyla jednak potrzebowały, a SIGMA była takim wentylem jak najbardziej. W każdym razie w latach 1983-84 ta SIGMA sobie istniała. A ja na pierwszym roku studiów zadeklarowałem się jako taki przekonany anarchista, założyłem tam Samokształceniowy Klub Anarchistów, do którego ściągnąłem zresztą parę osób spoza Uniwersytetu. Zorganizowaliśmy kilka dość chaotycznych spotkań. Nie mogło być dość dużej działalności na pierwszym roku studiów, gdyż musiałem oczywiście pozdawać te wszystkie egzaminy. Ja te egzaminy zdałem, przychodzi rok 1984 - lato, sprawa protestu przeciwko usunięciu rektora-elekta Klemensa Szaniawskiego, który był wybrany jeszcze na starej ustawie jako rektor. Wymagał zatwierdzenia przez ministerstwo, ministerstwo zatwierdzenia nie dało i był protest ogólny wszystkich struktur. I do tych struktur przyłączyła się oczywiście SIGMA, by pokazać, że mimo, iż lewicowa nie jest proreżimowa, propezetperowska. I ponieważ SIGMA była własnością (w sensie posiadanego lokalu) ZSP, w związku z tym bardzo łatwo było ją prawnie rozwalić. I rozwalono w ten sposób, że dysponenci, to znaczy ZSP, który był oczywiście agenturą komunistyczną, wysłali trzech jakichś swoich liderów, zrobili taki sąd nad SIGMĄ, który polegał na tym, że uświadomił ludziom, którzy robili ten ośrodek jakiego grzechu się oni dopuścili popierając rektora–elekta Szaniawskiego. I było powiedziane, by wszyscy odwołali swoje poparcie, które oczywiście poszło w świat. Nikt z nas nie chciał tego poparcia odwołać, w związku z czym zagrożono, że ośrodek zostanie rozwiązany jeśli my nie odwołamy. Więc kiedy po raz drugi powiedziano, że nie odwołamy, to wyciągnięto papier informujący, że ośrodek został rozwiązany już i cała dyskusja jest bezprzedmiotowa. Wtedy przeszliśmy do MKN “Wiedza”, który Ilka już dwa piętra wyżej robił. I wtedy właśnie powstał grunt, dla mnie przynajmniej, do zaangażowania się podziemnego. To znaczy, że z jednej strony byłem tym studentem na pewno, bo po pierwszym roku trudno już kogoś wywalić, a z drugiej była jakaś próba legalnego działania i propagowania swoich anarchistycznych idei (zaznaczam, że anarchistą było się o tyle łatwo, że spora część klasyki anarchistycznej jest dostępna w języku polskim i wtedy była, jakby nie patrzeć na to i w Bibliotece Uniwersyteckiej, i Miasta Stołecznego Warszawy można te rzeczy spokojnie przeczytać bez większych problemów). Tak więc powstał grunt do jakiejś podziemnej działalności. I jedną rzecz trzeba zaznaczyć: naturalnie SIGMA miała charakter jawnej wypustki podziemnych środowisk, podobnie jak “Wiedza” i cały szereg innych rzeczy, które na studiach istniały, z tym że to także były legalne punkty kolportażu prasy podziemnej – po raz pierwszy zobaczyłem wtedy “Inprekora”, po raz pierwszy zobaczyłem Hassa na przykład w SIGMIE. I tak z perspektywy czasu patrząc dla podziemia miało to cholernie duże znaczenie, zwłaszcza jak się patrzyło pod kątem człowieka nie ze środowiska inteligenckiego, którym nie byłem, zaznaczam – wychowali mnie dziadkowie, absolutni plebejusze, mieszkam nadal na bardzo plebejskim osiedlu. I ja przyprowadzałem ludzi takich, którzy na żadne studia nie poszli. Jedną rzecz chciałbym podkreślić, z której wielu ludzi, którzy zajmują się tym czy byli “weterani” drugiego obiegu nie zdawało sobie sprawy. Otóż większość ludzi z dołów społecznych odbiera porządek, nawet taki bezprawny jakim był komunistyczny, jako porządek dany tzn. jako istniejący. Porządek akceptuje się nie dlatego, że jest taki czy inny, dobry czy zły, ale dlatego że jest. Jest to trudne może do wyobrażenia dla człowieka ze środowiska inteligenckiego, ale mówię to na podstawie swoich własnych obserwacji, oczywiście mogą być subiektywne ale tak to odbierałem. Większość moich znajomych z osiedla odbierała porządek jako dany, rzeczywisty. Innej rzeczywistości sobie nie wyobrażali, a jeśli to po prostu bardzo ogólnie. I traktowali to jako coś bardzo naturalnego – uciążliwego, ale naturalnego. Natomiast SIGMA była legalnym miejscem, w którym ten porządek się kwestionowało i nie ważne w tym momencie w jaki sposób. W którym sugerowano możliwość zmian, i zaznaczam – legalnie, nie tak że od razu się szło za to jeśli nie do pudła to przynajmniej na jakieś “cztery osiem” z nieprzyjemnymi propozycjami. Więc z tego punktu widzenia istnienie takich wypustek było bardzo ważną rzeczą. W każdym razie rola takich miejsc, gdzie legalnie można kwestionować porządek społeczny, który jest postrzegany jako porządek dany do zaakceptowania, jest moim zdaniem nie do przecenienia. I to nie dla inteligencji właśnie, ale dla ludzi z innych warstw niż inteligenckie, bardziej skłonnych do bezrefleksyjnego przyjmowania porządku społecznego. W czerwcu 1984 r. Dymkowski, z którym znaliśmy się wcześniej z SIGMY zapytał mnie, czy chciałbym współtworzyć podziemne pismo o charakterze lewicowym. Oczywiście byłem tym bardzo zainteresowany. I zebraliśmy się gdzieś latem – w tej chwili nie pamiętam już dokładnie gdzie i kiedy to było, w każdym razie w takim dawnym “sigmowskim” zespole. I powołaliśmy redakcję pisma “Front Robotniczy”. Pismo zostało powołane latem, pierwszy numer ukazał się gdzieś jesienią 1984 r. W każdym razie gdzieś przez ten czas pisaliśmy i zbieraliśmy materiały do tego pisma. Powiązania “Frontu Robotniczego” ze Zjednoczonym Sekretariatem IV Międzynarodówki były rzeczą dość oczywistą. Mieliśmy także (i robiliśmy to) – kolportować “Inprekor”, pismo Zjednoczonego Sekretariatu w języku polskim. Można zadać pytanie: jak ja - wówczas przekonany anarchista mieściłem się w strukturze trockistowskiej? Trzeba pamiętać o tym, że była to jednak jakaś struktura lewicowa, więc wydawało mi się to bliskie, a jeśli dodamy do tego taki mechanizm, który panuje we wszelkich podziemiach, że zawsze jest pewna liczba ludzi, dla których działanie jest istotniejsze niż ideologiczna strona struktury, w której działają, że tej komunie chciało się dopieprzyć a to była akurat pierwsza propozycja jaką otrzymałem, w związku z czym ją chętnie przyjąłem. Razem z pismem “Front Robotniczy” miała wychodzić “Sprawa Robotnicza”, miesięcznik bardziej teoretyczny. Wyszły w sumie dwa numery, drukowane były na offsecie. I po wydaniu dwóch “Spraw Robotniczych” i trzech podwójnych numerów “Frontu Robotniczego” nastąpiła wpadka. Kulisów nie znam, po prostu nie znam ludzi, którzy to robili. Na skutek wpadki mieliśmy przerwę w 1985 r. i aż do końca 1986 r. wydawało się “Front Robotniczy” na powielaczu, “Sprawy Robotniczej” już nie...


- Dla kogo wydawaliście te pisma tak naprawdę? Musieliście je wydawać dla kogoś?

T.S.: (śmiech) Mówiąc tak szczerze to jakkolwiek zabrzmiałoby to patetycznie - w dużej mierze dla historii. To znaczy – chciałem dojść do tego po jakimś czasie, ale skoro już to poruszyłeś – byliśmy ludźmi traktującymi bardzo poważnie ideologię, i to zresztą zaciążyło jakby na całości. I tak powiedzieliśmy sobie, że my tu odnawiamy lewicową polską tradycję i jakby ważne jest to, że odnowimy.


-Lewicową - czyli jaką, co to dla was znaczyło?

T.S.: PPS to była socjaldemokracja. To oznaczało skrajną lewicę: trockizm, anarchizm. Marksizmem się to jednak w dużej mierze nie nazywało z uwagi na zużycie nazwy. Chociaż w przypadku części weteranów SIGMY to jednak było pewne, że oni jednak chcieli odnowić tę prawdziwą marksistowską tradycję chociaż nazwy nie używali.


-Czy uważaliście że macie publiczność, zaplecze w masach?

T.S.: Każdy marksista, a trockizm jest elementem marksizmu, wierzy że ma publiczność daną mu historycznie. A moi koledzy byli marksistami. Anarchista też wierzy, że ma publiczność dana mu może nie historycznie. a egzystencjalnie, jako że każda jednostka ludzka dąży do wolności. Czyli jednym słowem mieliśmy publiczność nie z uwagi na wiedzę polityczną czy społeczną o realnej rzeczywistości...


-A czy przyjmowaliście to już a priori?

T.S.: A priori przyjmowaliśmy to, że historia dała nam prawo i publiczność i miała nas uniewinnić. Więc w tym sensie pytanie jest postawione z jednej strony dobrze, a z drugiej źle, bo właśnie takie ideologiczne struktury mają niesłychaną tendencję do abstrahowania od rzeczywistości.


-Czy ty jako ty uważałeś tak samo - że wydajecie pismo i są ludzie i tak dalej?

T.S.: O tak. Ja wtedy w to wszystko wierzyłem. W momencie jak w to przestałem wierzyć jakby wyszedłem z tego. Parę słów na temat redakcji żeby jakoś ten zespół scharakteryzować. Więc tutaj bezsprzecznym liderem był Robert Dymkowski. Facet miał, ma zresztą nadal, duże zdolności organizacyjne, bardzo duże oczytanie zwłaszcza w skrajnej lewicy i literaturze marksistowskiej. Jest naprawdę bardzo dobrym demagogiem w takim sensie czysto opisowym, typu wiecowego.


-Osiemdziesiąty czwarty, piąty rok?

T.S.: Tak. I cóż – bardzo daleko posunięty radykalizm poglądów. Taki cytacik: “Mówi się, że zabicie miliona ludzi to zbrodnia, ale trzeba pamiętać o wszystkich uwarunkowaniach, pozostaje jeszcze interes tych 36 milionów” – koniec cytatu. Przypomnę, że wtedy Polska liczyła 37 milionów ludności, stąd ta 36 milionowa reszta.


-Skąd był ten milion?

T.S.: Z sufitu, na zasadzie przykładu. To było przy okazji jakiejś rozmowy, luźnej, bo pozostawaliśmy ze sobą w stosunkach towarzyskich także, więc okazji do tego typu rozmów było dużo. A jako ludzie żyjący przede wszystkim doktryną, nasze rozmowy skupiały się wokół polityki przede wszystkim. Sam Dymkowski miał zwyczaj mawiać, że jedyne godne tematy rozmowy to polityka i dziewczyny. Ponieważ ten drugi temat za bardzo mnie wtedy nie interesował, więc polityka jakby wyłącznie pozostawała. I przy tym wszystkim wydaje mi się, że to był jednak człowiek dość zamknięty na transcendencję, to znaczy nie tylko politycznie deklarował materializm ale jednak rzeczywiście był materialistą. Pamiętam, że kiedyś opowiadał, jak dał przykład swojego zdeklarowanego antychrystianizmu. Przyszedł ksiądz po kolędzie do niego. On rozmawiając, starając się udowodnić księdzu, być może pokazać po prostu swoje zdecydowanie, zapytał się ni mniej ni więcej - to jest cytat - “czy można Boga kopnąć w dupę?” Już nie pamiętam jak ten ksiądz zareagował, ale jakby udowadnianie nieistnienia absolutu przy pomocy tego, że nie można go kopnąć jest moim zdaniem kwintesencją poglądów Roberta... Ale wtedy oczywiście akceptowałem to wszystko. I wszystko to co ja mówię na temat Dymkowskiego i w ogóle podejścia trockizmu do pewnych rzeczy tyczy się oczywiście mnie tak samo. Nawet jeżeli nie są to moje słowa (zapamiętałem słowa i postawy ideowe innych), są to postawy i sytuacje które jak najbardziej akceptowałem. Tu chciałem wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. Pytałeś się o Hassa, podczas naszej wstępnej rozmowy, czy traktował ludzi instrumentalnie. Pytanie jest źle postawione. Przekonany marksista, trockista, rewolucjonista, traktuje ludzi instrumentalnie ex definitione. Ja jeszcze zanim poszedłem do struktury trockistowskiej to przeczytałem “Katechizm rewolucjonisty” Nieczajewa, on jest po polsku w jednym z tomów Marksa. Marks polemizuje tam z “Katechizmem”, ale cały go explicite przytacza. Nie jest to duży tekst zresztą i nawet sobie go przepisałem i załatwiłem jakieś skserowanie w niewielkiej ilości egzemplarzy. I to mi się oczywiście bardzo podobało. Więc w tym ruchu traktowanie siebie i wszystkiego instrumentalnie tzn. na rzecz rewolucji jest rzeczą po prostu normalną. Jeśli nie traktujesz kogoś instrumentalnie to znaczy, że nie jesteś dobrym rewolucjonistą. Wracając do redakcji. Cóż, charakter chyba dość typowy dla każdego podziemnego pisma. Zbieraliśmy się na ogół w lokalach pożyczonych, tzn. u sympatyków niekoniecznie akceptujących całość naszego politycznego stanowiska, ale niechętnych reżimowi albo będących naszymi dobrymi znajomymi. Ja jeszcze w liceum miałem szczęście, że się przygotowałem wcześniej żeby jakoś politycznie działać, bo miałem sporo znajomych poza kręgiem licealnym. Niektórych starałem się wykorzystać w jakiejś tam formie lokalowej i paru mi się udało, więc trochę tych lokali udało mi się załatwić, trochę koledzy, wiec zawsze było się gdzie spotkać. Były normalne dyskusje nad tekstami i jeden referat, z reguły taki bardzo ideologiczny, to trzeba jednak powiedzieć. Jeden charakterystyczny element – jeśli widziałeś jeden numer “Frontu Robotniczego”, ten offsetowy, nie wiem czy zwróciłeś uwagę na taki drobiazg, że tam chyba połowa tekstów nie ma podpisów. W pierwszych trzech numerach tak było. Otóż indywidualizm w rewolucji to jest przykład nieprzezwyciężenia resztek nawyków mieszczańskich, my zaś jesteśmy redakcją proletariacką, w związku z czym nie przejawiamy burżuazyjnego indywidualizmu podpisując się pod tekstami. Ja oczywiście mówię jak myśmy wtedy rozumowali i jak mówiliśmy. Dla pełnej jasności: wszyscy byliśmy wtedy studentami. Około połowy 1985 r. Robert wprowadził swojego znajomego, rzeczywistego robotnika o ksywce “Kali”, nie pamiętam niestety nazwiska. To był jedyny w tym gronie robotnik przez jakiś następny rok jeszcze, zresztą udzielał się bardzo mało.


-Jak was odbierano na Uniwersytecie?

T.S.: Jednak zachowywaliśmy konspirację. To znaczy swoich mniej lub bardziej lewicowych poglądów to ja nie ukrywałem, to nawet było oczywiste, SIGMA...


-Mówiłeś, że miałeś ksywę “Trocki”, na pierwszym roku jeszcze?

T.S.: Tak, ale to się raczej wiązało z moimi lewicowymi przekonaniami - ogólnie, że się do jakiejś tam lewicy zaliczam. Oczywiście, że się tak wyrażę, pewne reguły konspiracji trzeba było jednak zachowywać. Wiadomo przecież, że nie mówiło się nikomu co ja robię. Na pewno “Tygodnik Mazowsze”, który był jednak taką wyrocznią podziemia traktował nas wrogo. “Tygodnik Mazowsze” wtedy się ujawnił już, to był rok 1985, przez cały czas naszego istnienia wspomniał o nas raz, w 1986 r. Roguski Tomek, mój kolega z seminarium, też go znałem z podziemia ale z innej grupy, jak o nas napisali to był cholernie zdziwiony, że w ogóle napisali. Wiadomo było dlaczego nie. Przecież stosuje się takie metody: albo przez oplucie, albo przez przemilczenie, to znaczy uderzenie w przeciwnika. Wiadomo że opluwano Moczulskiego, ale Moczulski nie dawał się przemilczeć, więc trzeba go było opluć. Natomiast my byliśmy marginalną grupką, bardzo idealistyczną jednak, więc jednak lepiej było przemilczeć niż opluć.


-Ilu was wtedy było w tej grupie?

T.S.: Ścisła redakcja - 10 osób. Ale wokół nas zaczęły urastać koła samokształceniowe i zaczęły być łapane kontakty pozawarszawskie. Ale jakby do tego chciałem dojść w kolejności chronologicznej. Natomiast zaznaczyłbym jedną rzecz – że niezależnie od tego, o co można było podejrzewać grupę (ewentualną działalność prowokatorską, no bo jakaś lewica skrajna to wiadomo, czy o to o co podejrzewano Dymkowskiego, tu już wyprzedzam znacznie fakty ale przez pewien czas podejrzewaliśmy go o współpracę z SB, to się przyczyniło znacznie do rozpadu ruchu w 1986 r.), faktem jest, że korzystano z naszej siły roboczej. To znaczy, że jak trzeba było rozkolportować trochę “Teemki”[“Tygodnika Mazowsze”] czy pomalować trochę murów to ludzie z regionu, z reguły poprzez “Robotnika”, z którym zawsze utrzymywaliśmy kontakty z uwagi na bliskość ideową ale nie tylko, znajdowali drogę i nie bali się trockistów. Ale jak trzeba było na przykład, aby wspomnieli coś o nas - to oczywiście nie. Więc o cokolwiek by nas nie podejrzewano, te podejrzenia nie szły tak daleko żeby nie wykorzystać naszej siły roboczej w momencie kiedy trzeba było policzyć np. idących głosować, ulotki rozrzucić albo coś takiego. Na podstawie tego twierdzę, że taktykę izolowania stosowano świadomie tzn. przemilczano niewygodnych. To są dwie taktyki “warszawki” w stosunku do tych ludzi w podziemiu, którzy “warszawką” nie są. To znaczy tych, których nie można przemilczeć się opluwa, a których przemilczeć można to się po prostu przemilcza.


-Jak wyobrażaliście sobie przejęcie władzy?

T.S.: Rewolucja, a jak myślisz. Lub strajk generalny, strajk czynny, a raczej obie te metody.


-Czy w ogóle myśleliście o przejęciu władzy?

T.S.: W perspektywie tak. Jest to logiczne, że się tak wyrażę. Dla marksistów rewolucja jest takim aktem oczyszczającym, można powiedzieć o znaczeniu historiozoficznym, także w tym sensie oczywiście tak. Natomiast praktycznie...


-Mówię o 1984 – 85 r.

T.S.: ...nie w tych warunkach. Pracowaliśmy dla przyszłości, nie w takiej perspektywie, że pewnie za trzy lata rewolucja wybuchnie. Chcieliśmy po prostu, kiedy ona wybuchnie, żeby był ośrodek, który jest w stanie klasie robotniczej zaproponować właściwy program. A w momencie kiedy połączy się właściwy program i energia klasy robotniczej, która wiadomo że jest rewolucyjna, ponieważ tak to udowodnili Marks i Trocki, to wtedy tak jak iskra dodana do dynamitu nastąpi nieunikniona reakcja - wybuch. Natomiast nie było czegoś takiego, że planowaliśmy przejęcie władzy, w jakimś określonym czasie, terminie. A rewolucję wyobrażaliśmy sobie jako strajk powszechny, taki prawie ogólnoświatowy, co najmniej ogólnosystemowy. Podkreślam po raz drugi – nasze działania traktowaliśmy jako udokumentowanie myśli lewicowej na etapie propozycji. Uznaliśmy, że jeżeli będzie właściwy program podany klasie robotniczej to ona go podejmie, w związku z czym rola tej właściwej myśli była niewspółmiernie duża w stosunku do czegokolwiek innego. Stąd ta wysoka temperatura ideologicznych rozmów. To przecież było tak, że my wierzyliśmy, iż ideologia wpływa na rzeczywistość w ten mianowicie sposób, że właściwe odczytanie rzeczywistości oraz właściwe zaprogramowanie politycznego zachowania się w niej da sukces. Czyli nasz stosunek do ideologii był stosunkiem magicznym. Jeżeli wytworzysz właściwą formułę ofiarną czy magiczną to zapanujesz nad jakimś wycinkiem rzeczywistości lub nad całą rzeczywistością - chyba dokładnie to samo. Ale właśnie formuła musi być właściwa, właściwie wypowiedziana. Stąd to bezustanne cyzelowanie...


-W odpowiedniej okoliczności?

T.S.: Tak. Więc zajęliśmy się przede wszystkim, oprócz bieżącego wydawania pisma, samokształceniem, czytaniem, przede wszystkim jednak literatury okołomarksistowskiej że się tak wyrażę i przygotowaniem programu. I w 1985 r. przygotowaliśmy taką Platformę Opozycji Robotniczej, tak to się nazywało. Byłem jednym z jej twórców, ale wszyscy byliśmy nimi po trochu – Platforma jest dziełem zbiorowym. Kiedy ją wydaliśmy i napisaliśmy – jak mówię była to wiosna 1985 r. – to byliśmy strasznie dumni z siebie z jednej przyczyny, mianowicie, że odtworzyliśmy ciągłość lewicy w Polsce. Bo to jest od czasu “Listu do partii” Kuronia i Modzelewskiego jedyny tego typu program – byliśmy z siebie dumni.


-Jaki był los tego programu?

T.S.: Został kilkakrotnie wydrukowany, przedrukowany m.in. w “Inprekorze”. Trochę go rozpowszechniliśmy, robiliśmy w kołach samokształceniowych dyskusje nad nim. Po prostu przeszedł, został jak gdyby materiał archiwalny. Dochodzimy tutaj do kwestii Kuronia. Skoro to nazwisko już tutaj raz padło i skoro my zaczęliśmy naszą działalność od wydrukowania fragmentów “Listu do partii” w pierwszym numerze “Frontu Robotniczego”, to ja tutaj chciałbym się ustosunkować do fragmentu pamiętników Kuronia teraz wydrukowanych. On tam pisze w takim duchu, że całe jego kontakty z trockistami były luźne, prawie towarzyskie i właściwie mówienie o tym to jest nieporozumienie. Z tego co wiem wydaje mi się, że to nie jest prawda. Na czym ja to opieram? Otóż w 1985 i ‘86 roku kontaktowałem się z rezydentem IV Międzynarodówki w Polsce i nie byłem nikim takim, komu powiedzenie czegoś na temat Kuronia mogłoby do czegokolwiek służyć. Byłem wtedy studentem drugiego, trzeciego roku i działaczem marginalnej grupki i to wszystko. Niemniej dość otwarcie mówił nam Stefan [wspomniany emisariusz IV międzynarodówki na Polskę], że jego struktura dostarczała wtedy Kuroniowi pieniądze i kontaktowała się z nim regularnie. Także znacznie wcześniej niż działał KOR. I nie robił z tego wyrzutu, że my mu pomagaliśmy, a on milczy. Wydaje mi się to wiarygodne. Nie miał interesu, by nas oszukiwać, nie przesadzajmy w końcu. Natomiast druga rzecz, która jest przesłanką na to, że Kuroń po prostu świadomie pominął te kontakty to fakt, iż “List” Kuronia i Modzelewskiego jest rzeczywiście programem trockistowskim po prostu. To razem wzięte, i to co mówi Hass, się tutaj łączy, jednym słowem w historii tych kontaktów grupy “komandosów” z IV Międzynarodówką – ja tu przyznaję rację Hassowi, moim zdaniem Kuroń je celowo pomija, ale to jest taka dygresja. Wspomniałem, że nasze działanie traktowałem jako nawiązanie do pewnej tradycji. Mnie osobiście ta tradycja bardzo wtedy obchodziła, mogło to być z racji wykształcenia jednak, ponieważ odczuwałem szczególnie jej zerwanie. Odwołam się do książki Lipskiego “KOR”, gdzie on pisze, że w latach siedemdziesiątych, czyli jeszcze kiedy żyło trochę więcej ludzi pamiętających czasy przedwojenne niż wtedy, gdy ja zaczynałem działalność polityczną, to w jakichś tam twierdzach PPS-u jak Warszawa czy Radom te tradycje były totalnie nieznane. Że one są nieznane na warszawskiej Woli to jest naturalne, bo była hekatomba Powstania Warszawskiego. Ale to, że tradycje PPS-u są nieznane w tych środowiskach, gdzie one powinny jakoś przetrwać (jak na Pradze), to po prostu świadczy, że nastąpiło zerwanie ciągłości. I to zerwanie wiązało się nie tylko z wymianą społeczną, zbudowaniem od nowa klasy robotniczej, ale jednak z tym, że te tradycje zostały w całości zawłaszczone przez PZPR i w związku z tym zohydzone. Ja to wtedy bardzo odczuwałem i nawet parę tekstów pod pseudonimami “Sergiusz Nicki” i - później w OBI - “Wiktor” popełniłem na temat właśnie tradycji, może dlatego, iż byłem historykiem i odczuwałem brak ciągłości. Chciałem powiedzieć tutaj jedną rzecz. Teraz się zajmuję i to już od bardzo długiego czasu kwestiami narodowościowymi, to już się liczy w latach. Myślę, że jednym z bodźców zarówno akcesu do skrajnej lewicy jak i później odejścia od niej była jednak kwestia narodowa. To znaczy: wspomniałem wcześniej o mojej niechęci do kontrkultury. Otóż brała się między innymi z niechęci do amerykanizacji młodzieży, która wbrew pozorom nie była podstawą do opozycji wobec dyktatury komunistycznej. To nie jest tak, że ty chcesz mieć w komunizmie pralkę czy lodówkę i dlatego buntujesz się przeciwko komunizmowi. W komunizmie to jakiś kłopot w końcu nie był. Chcesz mieć pralkę i lodówkę to idziesz albo na kolaborację z komunizmem, albo w czarny rynek. Ta amerykanizacja młodzieży była jednak bardzo konsumpcyjna, była lansowaniem kultury konsumpcyjnej, hedonistycznej. Wystarczy przejrzeć teksty piosenek rockowych, które są w znacznej mierze manifestacją hedonizmu albo pragnieniem świętego spokoju, wyłączenia się, są bardzo eskapistyczne. I było to tylko pozornie buntem i ja to widziałem. Dla mnie to się wiązało z tym, że amerykanizacja to po pierwsze jest narzędzie panowania klasowego, biurokracji nad nami, dwa – jest to przejaw zależności tej biurokracji. Zależności podwójnej: w sferze politycznej od Moskwy, a w kulturowej od Zachodu. A mnie, a i moich kolegów także - chcę zwrócić uwagę, że w naszej “Platformie” (lewackiej) jest postulat suwerenności takiej rzeczywistej, w tym także kulturowej – kwestie suwerenności zawsze obchodziły. Tutaj była ta kwestia: my jesteśmy rewolucjonistami, jesteśmy przeciwko Moskwie i Waszyngtonowi, w związku z czym jesteśmy największymi niepodległościowcami po prostu. To ten sam schemat, który działał w Ameryce Łacińskiej, gdzie wielu ludzi szło z takich właśnie przyczyn – myślę, że na przykładzie Fidela Castro to bardzo wyraźnie widać – do skrajnej lewicy.


-Ten punkt w “Platformie” jest przykładem, że także i tradycję Okrzei można jakoś odgrzewać.

T.S.: Tak więc tutaj ten aspekt narodowy grał sporą rolę. Ja sobie przypominam taką kłótnię o kwestię niepodległości w “Platformie” ze Zbyszkiem Partyką, który uważał, że Polska jest już niepodległa – strasznie się z nim wtedy pokłóciliśmy. I właśnie to m.in. spowodowało odejście resztek środowiska “Sprawy Robotniczej” , która nie wychodziła, ale jakby współdziałała z nami. Właśnie Partyka, Bratkowski, Ela Balcerek, ci ludzie, którzy później zaczęli wydawać, utworzyli...


-Warszawskie Porozumienie?

T.S.: Tak. Jeszcze wcześniej tworzyli taką Grupę Samorządności Robotniczej, często zmieniali nazwę, ale to była ta sama marginalna grupka. Więc odejście grupy “Sprawy Robotniczej” w 1985 r. od nas miało ten aspekt narodowościowy. To znaczy była tam taka sprawa: “Inprekor” regularnie do nas docierał i w pewnym momencie poruszył kwestię ukraińską. Wtedy właśnie ja się tym trochę zainteresowałem i zacząłem jakby studiować tę sprawę bardziej. I ja nie zdawałem sobie sprawy z tego – co, myślę, widoczne jest teraz, gdy się historię komunizmu studiuje, a co do mnie dotarło gdzieś tak rok czy dwa po opisywanych wydarzeniach - że komuniści, ale także ci nasi współcześni trockiści traktowali kwestię narodowościową jako taki lodołamacz, tak jak Stalin Hitlera według Suworowa. To znaczy kwestię, którą się popiera jeżeli to jest dla rewolucji dobre, natomiast którą się generalnie (problematykę narodów) uważa za marginalną.


-Czytałeś Trockiego “O kwestii ukraińskiej”?

T.S.: Tak, ale nie wtedy. Do mnie docierało tylko, że my jesteśmy za taką prawdziwą niepodległością. I w momencie kiedy te “Inprekory” przyszły, Bratkowski podniósł zarzut, że schlebiamy nacjonalizmowi ukraińskiemu, co w ogóle było zarzutem paranoicznym, ale on był ortodoksyjnym komunistą do końca ukształtowanym, a myśmy jakoś tak ogólnie szli po tej drodze, i oni [“Inprekor”] pryncypialnie uważali, że można drukować jakąś tam lewicę ukraińską emigracyjną. Ale dla Braktowskiego to już nie miało specjalnego znaczenia, w związku z czym jeżeli odstępujemy tutaj od jedynej słusznej klasowej linii to on zabiera swoje zabawki i idzie na inne podwórko. I właśnie on z Partyką i z tą całą grupą odszedł. To był cały czas rok 1985. To był przykład człowieka kierującego się wyłącznie motywacjami ideologicznymi, choć i tak jednak trochę mniej. Może najbardziej takim człowiekiem był Dymkowski. Myśmy może byli bliżsi rzeczywistości, co zresztą powodowało pewne rozdźwięki np. umówiłem się z Ilką, że będziemy kolportowali “Robotnika”, a już wtedy mieliśmy te koła samokształceniowe i ludziom trzeba było dać coś do roboty, bo się będą rozchodzić, więc lepiej żeby ci ludzie kolportowali gazetę. Dymkowski się sprzeciwił, bo o ile oni o nas nic nie napiszą, to my nie powinniśmy ich kolportować, ponieważ kolportując “Robotnika” wspieramy socjaldemokrację, a powinniśmy wspierać jedynie słuszny klasowy nurt robotniczy. Inny przykład na ideologizm: także w 1985 r. mieliśmy sytuację taką, że było dojście jakieś do powielacza. Jakieś pieniądze ze strony IV Międzynarodówki spływały, ale to jest struktura biedna, nie czarujmy się. I mieliśmy też pieniądze ze sprzedaży “Inprekora”. Ale niemniej jakieś dojście było. I teraz tak – jest pomysł, żeby ten “Front Robotniczy” wydawać jak najczęściej, bo problemów z kolportażem w momencie kiedy mieliśmy już własne kanały nie było, zresztą częściowo szło to kanałem “Robotnika”. I w sytuacji kiedy jest ograniczone dojście do offsetu, kiedy papieru też nie ma za dużo – sam pamiętam jak łaziliśmy po sklepach i skupowaliśmy jedną czy dwie ryzy – to Robert Dymkowski samodzielnie, samowolnie drukuje coś co jest w ogóle ewenementem. Ja tego nie mam, a sądzę, że będzie to “biały kruk”. Jeden numer pisma “Kij w Mrowisko” z podtytułem “Niezależne pismo komunistyczne na rzecz samorządności rad robotniczych”(za podtytuł nie ręczę). No więc pismo komunistyczne. Jak to z kumplem na Bródnie składaliśmy, to kumpel przez cały czas nie mógł się nadziwić. Był takim normalnym robotnikiem, wiele rzeczy mógł przełknąć, bardziej go interesowało, że to komunę zwalcza niż jakie to jest. Nie był specjalnie oczytany więc mu było “prawie rybka” to co składa, ale pismo komunistyczne to już tylko dla mnie składał. Więc pełna groza oczywiście. Dymkowski wypełnił to pismo komunistyczne sam, swoimi tekstami. I “dzięki” temu byliśmy jeden numer do tyłu, bo jedno dojście odpada w tym momencie. Co on chciał tym osiągnąć – praktycznie nie wiem. Natomiast jeżeli przypominasz sobie to co mówiłem, tzn. że traktowaliśmy naszą działalność jako dokumentację, nawiązanie przerwanej tradycji lewicy, to jego czyn staje się w pełni zrozumiały – zadokumentował.


- Ale to jest czyn indywidualny nie grupowy, to też jest w sprzeczności?

T.S.: Tak, zgadza się. Bo widzisz to jest tak: w tym wszystkim wbrew pozorom dużo było elitaryzmu. Zwróć uwagę – myśmy byli z jednej strony zwolennikami doktryny bardzo kolektywistycznej, ale było nas tak mało, że czuliśmy się prawie tym narodem wybranym, przesadzam może, ale tą grupką wybraną otoczoną przez wrogów. I motyw naszej wyjątkowości się po prostu przejawiał, a wiadomo jak to działa na młodego człowieka, że jesteś taki wyjątkowy i prawie jedyny. I rzeczywiście to możesz sprawdzić, nie tylko tak sobie mówisz – takich drugich trudno byłoby znaleźć. Więc mieliśmy jakby do tego taką realną podstawę, aby twierdzić, że jesteśmy wyjątkowi, tym bardziej że “Inprekor” przedrukowywał nas czasami i jakby wspierał nas fakt, że we Francji nas przedrukowują. Więc myślę, że wewnątrz nas tkwiło bardzo wiele takiego indywidualizmu. Nie to, że świadomie oszukiwaliśmy, ale myśmy sprawą wtedy żyli. Myśmy byli dumni z tego, że każdy z nas może indywidualnie dzierżyć sztandar kolektywizmu. A propos jeszcze ideologizacji to jest charakterystyczne bardzo, że jak IV Międzynarodówka przysyłała nam “Inprekory” regularnie i starała się żebyśmy byli w pewnym nurcie, to znaczy czytali tylko te rzeczy, które mogłyby nas utwierdzić w naszym wyborze... i trochę pilnowali. Wiadomo, że do podziemnych pism mieliśmy względny dostęp, ale tylko tych najważniejszych: “KOS”, “Tygodnik Mazowsze”, “Robotnik”. Ale już do książek, niekoniecznie do wszystkich. Jak się uparłeś, to mogłeś mieć wszystko, ale wymagało to jednak jakichś tam zabiegów. I nie bez kozery tworzyło się biblioteki podziemne, dlatego że nie każdy mógł sobie kupić wszystko, nawet mimo kolportażu, to jest pierwsza rzecz. Ale druki emigracyjne to już nie była taka prosta sprawa. Tym bardziej, że - nie chcę tutaj ludzi oskarżać - słyszałem o transportach druków emigracyjnych, które przychodziły jako dary, a następnie były sprzedawane po cenach bynajmniej nie promocyjnych. I jeżeli już o wszystkim mówimy to i mówmy o tym także, że niestety drugi obieg miał swoje ciemne strony, to znaczy afery gospodarcze. Jest to po prostu fakt, którego nie ma potrzeby ukrywać. Więc myśmy prosili IV Międzynarodówkę żeby nam przysyłali także próbki polskich wydawnictw emigracyjnych i żeby nam “Walkę Klas” koniecznie przysłali. To jest charakterystyczne, bo myśmy oczywiście o “Walce Klas” wiedzieli, ale prawie nie mieliśmy w ręku, raz czy dwa do mnie dotarła przypadkiem.


-Jak odbierałeś tę “Walkę Klas”? Jak świętość?

T.S.: Nie. To znaczy...


-Czym była dla was?

T.S.: Ideowym sojusznikiem. I oczywiście zapleczem materialnym, niesłychanie ważnym. Mówiłem już o “Inprekorze”, mówiłem już o wsparciu.


-I wyrocznią?

T.S.: W małym stopniu. To znaczy na pewno dużym autorytetem. Ale nie w tym sensie, to jednak nie były warunki III Międzynarodówki, że się tak wyrażę.


-Czy było w tym coś mitycznego – o tym się mówiło – że się czekało na kontakt...?

T.S.: Na “Inprekora” się czekało.


-To była nobilitacja?

T.S.: Tak. Kiedy po raz pierwszy dostałem “Inprekora” do kolportażu na Małym Dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego od Dymkowskiego, to poczułem się strasznie dumny. Ale być może gdybym dostał coś innego ,to może byłbym równie dumny. Ale na “Inprekora” się czekało, to było nasze pismo – w tym sensie, że je sami kolportowaliśmy, że czasami nasze teksty się tam ukazywały i byliśmy z tego bardzo dumni jeśli się ukazywały. I powiedzmy, że to był to sojusznik.


-Jak się sprzedawało?

T.S.: Bardzo łatwo. Kupowali wszyscy. Jednak należy pamiętać, że po pierwsze pismo zachowywało pewien poziom. Po drugie to było coś takiego: “Inprekor” mówił trochę o tych rzeczach, o których się w podziemiu nie mówiło. To znaczy ja niejednokrotnie słyszałem ataki ustne na Bujaka ze strony kolegów z “Robotnika”, ale nie mogłem potem dostrzec tych ataków w samym “Robotniku”, może później, ale nie wtedy. A tymczasem w roku bodajże 1985 “Inprekor” wywalił jakiś taki wielgachny tekst “Kryzys ruchu społecznego”, moim zdaniem dość dobrze analizujący pewną ślepą uliczkę, w jaką ten ruch wszedł. To że podjęli kwestię ukraińską to też było ciekawą rzeczą. Co prawda podjęli ją w specyficzny sposób, ale niemniej impuls był. Więc sprzedawał się bardzo dobrze, to trzeba powiedzieć. Natomiast tej “Walki Klas” nigdy nam nie przysłali, a przysłać mogli. To było przysyłane tak, że IV Międzynarodówka jakieś tam wpływy minimalne wśród robotników miała i ma nadal, i załatwiła pakowanie tego w puszki po owocach, fabryczne lutowanie tych puszek z nalepkami. I to szło jako puszki. To znaczy była to normalnie zalutowana fabrycznie puszka z naklejką z jakimś ananasem czy brzoskwinią i z zewnątrz nic nie było widać, była to normalna puszka. W środku w wodzie pływało chyba z 20 sztuk tego “Inprekora” – ponieważ to miało bardzo miniaturowy format – szczelnie opakowane w folię obciążoną z dwóch stron małymi kawałkami ołowiu, ołowianymi blaszkami. Czyli miało to pewną wagę, jak się potrząsnęło te puszki w ręce to coś pływało, było słychać. I można było się po prostu nabrać. Ja taką puszkę osobiście otwierałem. Oczywiście wiózł to na pewno wybrany kierowca. Z tym, że parę razy zdarzały się pomyłki, to znaczy puszki rzeczywiście trafiały jako dary do parafii (śmiech) i na stoły. Ale to chyba na zasadzie pomyłki. Zapewne nie był to jedyny sposób, ale ja akurat wiem o takim, po prostu odbierałem osobiście taką partię. Natomiast jeżeli oni mogli to pakować do jednej skrzynki z puszkami, to mogli dodać jedną skrzynkę z “Walką Klas”, nie było im trudno – format był ten sam, technika ta sama. Jest to po prostu rzeczą oczywistą, że nie chcieli.


-Dlaczego?

T.S.: Żebyśmy zachowali czystość ideową po prostu. Innego tłumaczenia nie ma. Jeżeli mogli a myśmy prosili ich o to, a nie zrobili to znaczy że nie chcieli – to logiczne.


-A czy mieliście poczucie zagrożenia, byliście jakby ścigani, tępieni? Czy raczej działając na marginesie opozycji byliście też marginesowo traktowani przez SB?

T.S.: Poczucie zagrożenia było oczywiście.


-A czy mieliście jakieś dowody na to?

T.S.: Naturalnie. To znaczy one były, ale później – w 1986 i tuż przed amnestią. Ale uczucie zagrożenia było stałe, oczywiście minimalizowane jak umieliśmy, stosowaliśmy jakieś reguły ostrożności lepiej lub gorzej. Tak a propos jeszcze naszej wyjątkowości. Myśmy mocno akcentowali, jakie mogą być ewentualne konsekwencje kapitalizmu. Przy czym dla mnie te konsekwencje oznaczały również zdominowanie nas przez kraje zachodnie, nie tylko kulturowo (już mówiłem o amerykanizacji), ale także dominację gospodarczą. Mnie się wydaje, że jakaś część realności tych obaw była. Widzimy teraz naszą gospodarkę, która w warunkach obecnej konkurencji może się przerodzić w zdominowane peryferia, że się tak wyrażę, czyli w tym elemencie jakieś zdrowe, racjonalne jądro było. Natomiast oczywiście zupełnie irracjonalne było wytworzenie i przez Roberta i przez Stefana motywu takiego okrążenia przez wrogów. To znaczy było zagrożenie ze strony SB, bo to niejako było naturalne. To była w końcu prosta sprawa, pamiętam jak kiedyś właśnie chyba “Kali” wykonał ze dwie ramki. Obie zresztą nie były użytkowane. Ja te ramki niosłem przez Pragę, z Pragi Południe na Pragę Północ. I akurat jakiś patrol jechał. Miałem te ramki pod pachą, zawołali gościa obok mnie. No więc taki moment, że tak powiem mało przyjemny przeżyłem. Jakiś gościu przy mnie stał przymulony, zgarnęli. Z tych ramek jak sądzę można by się było wykpić łatwo, ale w sytuacji gdyby nie było nic innego. Nie wiem czy taki pierwszy lepszy “krawężnik” od razu by załapał co to jest, do czego to służy, zwłaszcza że było bez żadnych matryc i czegokolwiek innego. Ale jednak taki drobny moment. Przenoszenie więcej niż jednej sztuki bibuły też groziło co najmniej spałowaniem na komendzie i ewentualnie wypuszczeniem po 48 godzinach, ząb ewentualnie można było stracić. Więc to było normalnie wliczone w ryzyko i nikt się bardzo nad tym nie zastanawiał. Natomiast nie jest tak, że myśmy się czuli - z tego powodu, że jesteśmy marginesem - pewnie i bezpiecznie. Wpierdol na komendzie mógł dostać każdy, obojętnie czy był marginesem czy nie. Tu akurat był ten element który jednoczył. Ja myślę, że to po to było wytwarzanie przez bardziej zaawansowanych z nas w komunizmie trockistów, właśnie przez Dymkowskiego, Stefana, Bratkowskiego, takiego poczucia zagrożenia. Bo widzisz: kasowało to pewne poczucie wspólnoty, które wytwarzało to, że represja dotykała wszystkich. A represja dotykała zarówno narodowych katolików, KPN i tę “warszawkę” bardzo nie lubianą przez nas, naszych kolegów z “Robotnika” i w jakimś tam stopniu również nas. I to wytwarzało pewną wspólną płaszczyznę. W Instytucie Historycznym byliśmy jakąś tam wspólnotą, ten Uniwersytet był rzeczywiście społecznością. I myślę, że podświadomie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego też starali się wytwarzać takie elementy, które by to kasowały. Więc jednak to, że ten reżim był wrogiem było jasne. Ale podobnie jak to, że reżim jest wrogiem i zagrożeniem było oczywiste, specjalnie się nad tym aż tak nie rozwodzono. Natomiast podziemie klerykalne, nacjonalistyczne, socjaldemokratyczne to oczywiście wrogowie, ponieważ są uzależnieni od obcej pomocy, czyli koniec końców międzynarodowego kapitału. A ponieważ, jak się rzekło, ta biurokracja stalinowska jest także w sensie kulturowym od obcego kapitału uzależniona(to znaczy od jego kulturowych wzorców wytwarzanych przez tę amerykanizację, o której mówiliśmy), ale także jest wygodna, ponieważ ona tłumi autentyczny ruch robotniczy, który byłby atrakcyjny dla zachodniej klasy robotniczej, gdyby on był tutaj autentyczny. A że jest tłumiony to nie jest atrakcyjny, więc ułatwia klasowe panowanie biurokracji zachodniej, i w tym sensie są to sojusznicy - to znaczy totalitarna biurokracja stalinowska oraz burżuazja zachodnia. A ta opozycja to są ich eksponenci. Więc w takiej konstrukcji psychicznej żyliśmy. I jednak uczucie pewnej izolacji było wytwarzane. Ja bym prosił o traktowanie tego dynamicznie, to znaczy jednak tak, że te rzeczy ścierały się ze sobą. To znaczy z jednej strony to, co powiedziałem przed chwilą, z drugiej jednak rzeczywistość, która polegała na tym, że cenzura dotykała jakby wszystkich. Niemniej jednak przez pewien czas doktryna przeważała nad rzeczywistością. W ogóle bycie trockistą oznacza jednak kierowanie się doktryną i oznacza każdorazowo triumf doktryny nad rzeczywistością. W tym oczywiście sensie Kuronia i Michnika traktowaliśmy szczególnie niechętnie jako zdrajców idei rewolucyjnej. Nasz stosunek do “Tygodnika Mazowsze” był ambiwalentny, to znaczy było coś takiego, że wiedzieliśmy, iż to jest eksponent burżuazji zachodniej. Sądziliśmy, że dogadają się z drugą stroną. Ale wszyscy go czytali z racji tego, że – wiadomo - był to taki normalny tygodnik podziemny...


-Tak jak “Gazeta Wyborcza”

T.S.: Właśnie. A jednak każdy chciał żeby o nas napisali.


-Czy mógłbyś jeszcze scharakteryzować tych ludzi, którzy byli mózgiem?

T.S.: O Robercie mówiłem, Bratkowski odpadł jakby w pewnym momencie. Był w “Sprawie Robotniczej”, która odeszła – on i Zbigniew Partyka. Oni odeszli jako ta “Sprawa Robotnicza”. Stefan Piekarczyk – myśmy go przez długi, długi czas znali wyłącznie po imieniu. To jest Szkot, potomek żołnierza polskiego, który się w Anglii ożenił - w związku z czym jest dwujęzyczny. Natomiast wahałbym się czy go nazwać Polakiem. Sądzę, że dla niego samego narodowość jest kwestią wyłącznie umowną. Choć jeśli sprawa rewolucji wymaga żeby się jakoś określił to oczywiście.


-Z paszportem brytyjskim jest o wiele łatwiej żyć było wtedy zresztą.

T.S.: Mieszka zresztą cały czas w kraju. Intelektualista, dość zimny, dość inteligentny. Nigdy nie słyszałem go mówiącego podniesionym głosem, tak na marginesie. A w końcu znałem go przez parę ładnych lat. I sądzę, że późniejsze wydarzenia, o których powiem go lepiej scharakteryzują. Tym bardziej, że wtedy, jak mówię, do, powiedzmy, gdzieś tak początku 1986 r. rzadko się z nim kontaktowaliśmy. Natomiast jeśli chodzi o “Beżola” – nie wiedziałem wtedy że jest Żydem.


-A kto to jest?

T.S.: Michał Jerzewski. To jest obecny biznesmen o bardzo liberalnych przekonaniach.


- Dlaczego się tak nazywał - “Beżol”?

T.S.: Ksywka, nie wiem dlaczego.


- Czy to miało dla was znaczenie, że on był Żydem?

T.S.: Nie, natomiast nie wiedziałem o tym do momentu w którym zaistniała taka sytuacja. Ja wyprzedzam strasznie, ale było coś takiego: mamy tę grupę na Pradze samokształceniową, którą “Beżol” prowadził przez jakiś czas. Zresztą jak mi koledzy opowiadali, ja przy tym nie byłem, powiedział że (właśnie w tym 1986 r.) właściwie to on doszedł do wniosku, że jest Żydem, Polacy i polskie sprawy w sumie go nie interesują, wstał i wyszedł. I co później mnie zdziwiło bardzo, bo jakby jednak myśmy byli w tej doktrynie, że skoro jesteśmy tolerancyjni i głosimy tolerancję i równość to nie powinien być problem. I był pełen szok, dla tych chłopców zwłaszcza, powiedzmy sobie szczerze. Na tym, że wyszedł skończyło się jego zaangażowanie w skrajną lewice, poza tym że już po upadku komuny wydał własnym sumptem, jak napisał - dla kaprysu, (bo on napisał wstęp do jednego z numerów) jedno z lewackich pisemek – nie pamiętam tytułu – na pierwszej stronie było w nawiasie: “Numer ten został sfinansowany przez Michała Jerzewskiego liberała i biznesmena”. I że wymieniony zrobił to dla kaprysu. I podpis. Natomiast było coś takiego, że w 1986 r. przykładowo “Beżol” dowiaduje się, że “OBI” , które wymyśliłem, chce kolportować “Robotnik”, tzn. ludzie współpracujący z “Robotnikiem”. I on się dziwi. Czemu on się dziwi: nie to, że powiedzmy chcą nas kolportować dlatego, że załóżmy mieliśmy słaby poziom, nie to że ich tam ewentualnie politycznie zwalczamy bo ich akurat nie zwalczaliśmy...


-A kogo zwalczaliście?

T.S.: Więc tak, w publicystyce, w umiarkowany sposób kierownictwo regionu, tak realnie. I sporo takich tekstów ogólnych. Raz puściliśmy nawet tekst z poparciem ludu pracy Azanii – to jest Republika Południowej Afryki, murzyńska nazwa. Prawdopodobnie było to potrzebne do czegoś tam w IV Międzynarodówce, że także w Polsce ich popierają, więc wysłaliśmy. Zostało to przedrukowane w “International Viewpoint”, które też przychodziło w mniejszych ilościach, bo to jednak anglojęzyczne. Więc wracając – on był zdziwiony, że nas chcą kolportować bo w końcu my ideowo im nie pasujemy, więc tutaj taki motyw też nie pragmatyczny, a bardziej ideologiczny, i to było jednak u niego częste. On potrafił nad - wszyscy mieliśmy tę właściwość, ale jego to pamiętam dość dobrze – zdaniem czy frazą cyzelować rzeczywiście dość długo. I tutaj nam doskonale pasował w tym sensie. Był też “Joda”, czyli Piotr Frączak - autentyczny anarchista. Może dlatego, że właśnie anarchista w takim sensie życiowym, dość przytomnym, ale jednocześnie był on anarchistą i kontrkulturowcem. Gandhiego czytał, więc ja tutaj ze swoją taką fascynacją długotrwałą Nietzschem jednak przede wszystkim i jednak z takim kultem zdecydowania i pewnego zorganizowania, źle trawiłem wszelkich kontrkulturowców. I dwie osoby które wyszły wcześniej. Był tam taki Piotr Batogowski, student prawa, który w pewnym momencie dość wcześnie odskoczył, w tym 1985 roku...


- Co robił ten Frączak?

T.S.: Studiował pedagogikę, później ukończył. Przez pewien czas był nauczycielem, po upadku komuny cały czas będąc anarchistą. Później robił takie pismo wydawane przez, (finansowaną przez francuską fundację), “Inicjatywy Społeczne” czy coś takiego. Cały czas jest anarchistą. To był właściwie ten rdzeń. “Kali” to właściwie się bardzo nie liczył. Natomiast dwie osoby, które wypadły wcześniej, Piotr Botogowski, student prawa, kolega Dymkowskiego przez pewien czas w tym wszystkim funkcjonował, ale wyszedł. Jak spotkanie było po latach, twierdził, że na skutek w dużej mierze jednak braku czasu, bo on chciał się trochę pouczyć, trochę pozarabiać. Wyjechał, a jak wrócił to już był rok 1989 i już się na podziemie nie załapał. Natomiast z Harasimiukiem to była inna sprawa. To był gość, który był kolegą Dymkowskiego. To był człowiek, który był synem prokuratora z Otwocka. W komunizmie to jakby mówiło samo za siebie. I Harasimiuk w pewnym momencie powiedział nam, że został zatrzymany przez ubecję. Zaczęli go namawiać oczywiście na normalną współpracę, to jest jakby jasne, bo to zawsze proponowali zatrzymanemu. On odmówił. Mówiono mu w tym stylu, że “my tam o was bardzo dużo wiemy”. I to był gdzieś schyłek 1985 r. I zaraz potem odskoczył czy wyjechał, w ogóle tak znikł z horyzontu. Ja się zastanawiałem na ile było to zatrzymanie rzeczywiste a na ile ostrzeżenie załatwione przez tatusia, być może ostrzeżenie tatusia przez powiedzmy jego znajomych. Jakoś tak myślę, ale to już jest moje prywatne przypuszczenie. W każdym razie on o ile sobie przypominam funkcjonował w SIGMIE przez czas jakiś i jeszcze tak po 1985 r. u nas, potem odskoczył. Tu jeszcze mówiłem o koledze “Zibim”, Zbyszku Idziakowskim do dziś będącym aktywnym trockistą, przynajmniej do niedawna aktywnym w Warszawie. To był chłopak z koła samokształceniowego, które ja prowadziłem na Bródnie. I to koło samokształceniowe było takim naszym zapleczem.


-Gdzie ono było przede wszystkim?

T.S.: Bródno, Praga Południe. Bródno to było jedno, Praga to było drugie. Przez krótki czas jacyś koledzy “Zibiego” w takiej małej miejscowości pod Piasecznem, ale to było krótko. Było jedno w Śródmieściu.


-Co tam robiliście?

T.S.: Metoda seminaryjna, to znaczy ja zadawałem jakąś lekturę, którą wszyscy czytali.


-Jaką?

T.S.: Literaturę dotyczącą albo tak zwanych białych plam, albo coś co w naszym pojęciu było czymś tłumaczącym rzeczywistość. A to co tłumaczyło rzeczywistość to jest oczywiste, to są teksty doktrynalne, które się studiowało. Przecież marksizm jest w tym podobny do Kościoła, że masz egzegezę i komentarz, podstawową formę pracy filozoficznej, więc tutaj jakby reguły są wszędzie podobne. Czytałem sobie o kołach samokształceniowych w XIX wieku, o naszych pierwszych kółkach socjalistycznych, Wielkim Proletariacie – chodziłem na seminaria z ruchu robotniczego na historii – więc jakby to co robiliśmy było powtarzaniem tamtych metod mniej więcej. Więc tutaj to można sobie dość łatwo wyobrazić. I coś jeszcze, co dawało by tym ludziom jakąś ogólną kulturę polityczną, żeby mieli parę podstawowych pojęć takich z zakresu nauk społecznych, żeby się można było z tymi ludźmi porozumieć. Bo z reguły to byli chłopcy spoza studiów, czyli jacyś tam uczniowie techników i paru liceów.


-Jak oni do was trafiali?

T.S.: My do nich, to znaczy po to były wypustki legalne. Taką wypustką była SIGMA, do której przychodzili jacyś ludzie. To były częściowo nasze kontakty osobiste. A także to, że myśmy odwiedzali miejsca, w których można było jakieś ciekawe kontakty zdobyć. I tak na przykład Ruch Przyjaciół Indian był dla mnie źródłem paru ciekawych kontaktów. Natomiast z “Zibim” to było tak, że ja miałem kumpla na osiedlu Bródno który był jego kolegą i tak się poznaliśmy.


<< powrót